– Grzegorzowi Lipcowi zdarzało się już przegrywać z wysokich pozycji i nie zdobywać mandatu, bo to wielokrotnie się okazywało, że jego rozpoznawalność jest wątpliwa. Opatrzył się wielu osobom. Dziwne, że nie ma żadnej kobiety w pierwszej trójce – stwierdza w rozmowie z KRKnews.pl Jarosław Flis, politolog.
KRKnews: Paweł Kowal startuje z listy Platformy Obywatelskiej, a wcześniej należał do Prawa i Sprawiedliwości. Nie będzie to problemem dla wyborców?
Jarosław Flis: – Nie sądzę, żeby wcześniejsza przynależność Pawła Kowala do PiS była problematyczna. Takie strategie są dość powszechnie w Polsce i do tej pory nie dało się zauważyć, że jest to problem dla obydwu stron. Poseł Ireneusz Raś był radnym w PiS, a Radosław Sikorski został wymieniony na Beatę Szydło. Bardzo dużo jest takich osób.
Był to wybór narzucony przez Grzegorza Schetynę i nie spodobał się małopolskim strukturom partii.
– Wszyscy są narzucani przez Grzegorza Schetynę. To jest generalny problem każdego miejsca. Każdy inny jest również narzucony przez Grzegorza Schetynę. Lokalne struktury Platformy są w kryzysie od bardzo dawna. Oczywiście, że bardziej elegancko było by, gdyby obie strony się zgrały. To już nie jest pierwszy taki przypadek. W 2011 r. na pierwszym miejscu był Ireneusz Raś, a Jarosław Gowin został zrzucony na dalszą pozycję. Demokracja partyjna to bardzo trudna sztuka i w pewnych okolicznościach te układy są bardzo skomplikowane.
Czy Kowal ma szansę na wygraną z jedynką PiS – Małgorzatą Wassermann, która we wcześniejszych wyborach rozbiła bank?
– Co to znaczy mieć szansę? To zupełnie inna dyscyplina. Po pierwsze jest drużynowa, a wyniki indywidualne to kompletne nieporozumienie. Dla Małgorzaty Wassermann Kowal nie jest zagrożeniem, a Gowin na ostatnim miejscu. Trudno powiedzieć, co oznacza „rozbić bank”. W 2007 r. Zbigniew Ziobro miał więcej głosów niż Jarosław Gowin jako jedynka, ale PiS miał tutaj największe wsparcie z całej Polski, a Platforma miała jeden z największych wzrostów. Porównywanie indywidualnych wyników jedynek jest po prostu śmieszne, a przynajmniej z mojego punktu widzenia jako osoby, która to bada od 12 lat. Nie ma większej rzeczy oderwanej od rzeczywistości w polskiej polityce niż porównywanie wyników jedynek.
– Niektórzy stali parlamentarzyści dostali odległe miejsca na liście i mogą przegrać te wybory.
– To wszystko się okaże. To bardzo skomplikowana gra. Ostatnie miejsce wcale nie jest najgorsze, a zwłaszcza dla kogoś z wyraźną rozpoznawalnością. Nie jest to żadne zesłanie. To jest miejsce na pewno lepsze niż szóste. Zwykle rywalizacja toczy się w obrębie listy i tak jest we wszystkich polskich partiach. Posłowie na miejscach mandatowych, a może być ich spokojnie między cztery a sześć dla Platformy, nigdy nie są pewni wygranej – oprócz jedynki. Pozostali zawsze są jakoś zagrożeni. Szanse polityków, będącymi dotychczas posłami i zesłanych na dalsze miejsca są mniej więcej pół na pół. Zupełnie nowe osoby na miejscu drugim czy trzecim mają dalekie od pewności szanse. W tej grze się okazuje kto ma większą rozpoznawalność. Pytanie też jest o miejsca niższe. Grzegorzowi Lipcowi zdarzało się już przegrywać z wysokich pozycji i nie zdobywać mandatu, bo to wielokrotnie się okazywało, że jego rozpoznawalność jest wątpliwa. Opatrzył się wielu osobom. Dziwne, że nie ma żadnej kobiety w pierwszej trójce. Zobaczymy czy to się nie zmieni, bo to dość zastanawiający mechanizm. Zapowiada się jakaś walka. Jest to ukłon w stronę umiarkowanego konserwatywnego elektoratu, natomiast oznacza to w miarę standardowy poziom konfliktu wewnątrz ugrupowania.

Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował. Bądź pierwszy!
Nie udało się wczytać komentarzy.