Niezliczone liczby bisów zakończyły poniedziałkowy koncert Enio Morricone w krakowskiej Tauron Arenie. Włoski maestro ze stoickim spokojem rzucił publiczność na kolana.
Koncert odbył się w ramach „60 years of music tour”. Morricone serwuje słuchaczom ponad dwugodzinną wycieczkę po historii kina, uszy co chwile atakowane są znanymi melodiami, które siedzą w nas gdzieś głęboko. Włoch wie, jak tworzyć, by poruszać do cna.
Poniedziałkowy koncert rozpoczął od muzyki z nieco zapomnianego, ale świetnego filmu „1900: Człowiek legenda”. Potem publiczność daje się porwać melodiami z „Dobry, Zły i Brzydki” – najpierw motywowi przewodniemu, a potem utworowi „The Ecstasy of Gold” w brawurowym wykonaniu. To on kończy pierwszą część, a publiczność długo nie może ochłonąć.
https://www.youtube.com/watch?v=nOr0na6mKJQ
Maestro jest za to całkowicie opanowany. Kto liczył na interakcję z mistrzem, mógł poczuć się rozczarowany. Morricone wchodzi na scenę, siada na swoim krzesełku i od razu zaczyna dyrygować. Tylko brawa potrafią sprawić, by odwrócił się do publiczności i elegancko się ukłonił. Pod koniec koncertu, gdy wraca na kolejny bis, macha do widowni.
Ale wciąż jest w wielkiej formie. Świadczą o tym choćby skomponowane niedawno niepokojące utwory do „Nienawistnej ósemki” Quentina Tarantino. Od nich rozpoczyna się część druga.
Duża część publiczności wyczekuje na melodie z „Dawno Temu w Ameryce”. Gdy rozbrzmiewają pierwsze takty „Deborah’s Theme” rozlegają się brawa (tylko ten utwór jest witany w ten sposób). Ale Morricone szybko odchodzi od tego filmu, do końca wieczoru skupia się głównie na melodiach z „Misji” i nieco mniej znanego „Czerwonego Namiotu”.
(wm)


