Papież pogrążył Gibałę. Jak nie urok, to sraczka

Wykonało się. Jacek Majchrowski może odetchnąć z ulgą. Światowe Dni Młodzieży, które miały być gwoździem do trumny prezydenta Krakowa, okazały się pogrzebać Łukasza Gibałę, który za wszelką cenę chce zasiąść w gabinecie na Placu Wszystkich Świętych. Tymczasem raz jeszcze będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę porażki.

Być może tytuł „Papież pogrążył Gibałę” jest tu sporym nadużyciem, bo to tak, jakby zestawić najwyższej klasy mercedesa z wybrakowanym maluchem, ale… skoro i o jednym i o drugim pojeździe można powiedzieć „auto”, to w tym pierwszym przypadku też jakieś analogie może by się znalazły. Skoro Messi i Ronaldo to piłkarze, a i o tych, co kopią w Szombierkach (nie mam nic do Szombierek, niech posłużą jako przykład), też niektórzy mówią „piłkarze”, to tym bardziej papież i były poseł mogą mieć coś wspólnego.

Wracając jednak do sedna – ŚDM okazały się wielkim sukcesem. Przede wszystkim nie było paraliżu miasta. Poza miejscami, gdzie gromadzili się pielgrzymi, było pusto. Tak, krakowianie wyjechali, to fakt. I nawet jeśli niekoniecznie chcieli wyjeżdżać, to gdy już byli na tej „zielonej trawce”, przez te kilka dni zdążyli odpocząć. Są więc wypoczęci, zrelaksowani i radośni.

Ci, którzy pozostali w Krakowie, poza centrum mogli się poruszać sprawniej i szybciej. Wielicka była pusta. Aleja Pokoju przejezdna, mimo zajętego jednego pasa przez autokary. Po Nowohuckiej jeździło się jak po autostradzie – 140 km/h. Generalnie, znane z wiadomości drogowych ulice, przez większość tygodnia były przejezdne.

Ci, którzy z potrzeby serca przeżywali ŚDM to – wiadomo – duchowy orgazm. Msze, czuwania, nabożeństwa, wydarzenia, spotkania robiły wrażenie nawet na tych, którzy niby są katolikami, ale ostatnio trochę im nie po drodze z Kościołem. Czapki z głów za to, jak młodzież potrafi się modlić i jaką potrafi przygotować oprawę. Ściska za serca.

Było także bezpiecznie. Nie tylko nie było zamachu, ale nasze służby sprawdziły się doskonale. Począwszy od wojska, na straży miejskiej kończąc. Pomagali, pilnowali – wszystko zagrało, jak należy. Ogólnopolskie media donosiły nawet, że podczas ŚDM liczba przestępstw i wykroczeń w Krakowie spadła niemal do zera.

Poza tym, było niezwykle barwnie, radośnie i pozytywnie, co za sprawą przekazów medialnych, mogli zobaczyć nawet ci, którzy wyjechali z Krakowa.

Oczywiście, że znajdą się maruderzy, którzy zawsze będą narzekać: a to, że im z toi-toi’a śmierdziało, a to, że papież się krzywo uśmiechnął, a to, że w sobotę miało padać, a w niedzielę świecić słońce, a było na odwrót. Pojawią się też i hejterzy, którzy będą pisać po Internecie, że coś tam coś tam. Zaraz, i to jeszcze pod tym tekstem, odezwą się ci, którzy będą przebąkiwać coś w stylu: „a bo ja nie mogłam pracować, „a zapytajcie tych, którzy mniej zarobili”, „a bo autor tego tekstu jest debilem” i takie tam nic nie znaczące dla losów świata i niżej podpisanego treści. Ale oni, choć głośni, stanowią promil ogółu. A ogól był zadowolony. (Na pytania: skąd wiecie, że ogól był zadowolony? zapytaliście wszystkich, żeby to stwierdzić? i na argument, że autor tego tekstu jest debilem, mamy już przygotowane odpowiedzi. Ale się nimi nie podzielimy, bo… bo możemy).

Tak więc Gibała ma teraz spory problem. Przebieg ŚDM, który mógł być motorem napędowym kampanii referendalnej, spowodował, że sztab inicjatora referendum musi zarwać kilka nocy i wymyślić czym tu przywalić, żeby porwać krakowian do urn. Podstawowe argumenty: betonowanie miasta, klika kolesi i smog już zaczynają się przejadać i powtarzanie ich w kółko może nie wystarczyć, żeby wyciągnąć z domu 120 tysięcy osób (aby referendum było ważne).

Swoją drogą, to zaczynam współczuć Łukaszowi Gibale – jak nie urok, to sraczka. Najpierw przegrał w wyborach na prezydenta Krakowa, później poległ w wyborach do Senatu, a teraz jego plan o referendum i przyspieszonych wyborach zaczyna brać w łeb. Teraz więc, pozostając w klimacie ŚDM (a także trochę Fredry i wymyślonej przez niego postaci Rejenta Milczka): „Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba”.

A podczas ŚDM „niebo” nie było po stronie Gibały.

Łukasz Mordarski

Zobacz także