Rowerowi terroryści, won do Amsterdamu! Albo pozwólcie się zjarać

Dzień dobry, poproszę jointa! – uśmiechnąłem się radośnie do barmanki, która niezbyt epatowała urodą. Zapaliłem. Wziąłem kilka buchów. Później jeszcze kilka. Uroda barmanki powoli zaczęła mnie zachwycać – pisze z Amsterdamu nasz dziennikarz Łukasz Mordarski.

Uciekając od krakowskiego smogu zabrałem jedną z miłości mojego życia i poleciałem do Amsterdamu powdychać nieco… świeżego powietrza.

Nigdy wcześniej w Holandii nie byłem, więc do tej pory średnio wyobrażałem sobie, co mają na myśli krakowscy aktywiści, charakteryzujący się wielkim uwielbieniem dla rowerów. – Zróbcie nam w Krakowie takie ścieżki jak w Amsterdamie – mówili. – No spoko – kwitowałem.

No ale ostatnio zobaczyłem kawałek świata i już taki łaskawy dla tych naszych rowerowych terrorystów nie jestem.  To znaczy nigdy nie byłem, bo jestem miłośnikiem samochodów, ale teraz mam do rowerzystów jeszcze większy wstręt.

Amsterdam

Otóż w tym Amsterdamie, Drodzy Czytelnicy, to na tych rowerach jeżdżą jacyś… kamikadze. To znaczy wszyscy jeżdżą – „kierownica obok kierownicy, pedał obok pedała” i generalnie mają gdzieś, co dzieje się dookoła. Ścieżki rowerowe zajmują połowę przestrzeni służącej do przemieszczania się. Chodniki są tak wąskie, że trudno się minąć, ulice w mieście mają jeden pas ruchu, za to ścieżki dla jednośladów dominują wszem i wobec.

Pogoda też taka sobie, ciągle kapie z nieba, temperatura kilka kresek powyżej zera, a miłośników jednośladów nie brakuje. Jeżdżą chyba wszyscy: młodzi, starzy, chudzi, grubi, ładni, brzydcy, menadżerowie, dziwki, prostacy i profesorowie. Rowery stoją gdzie popadnie, a piętrowe parkingi dla jednośladów są normą. No inny świat. Ale czy lepszy?

Amsterdam

– Skoro można w Amsterdamie, to można i w Krakowie – słyszę czasem od lokalnych terrorystów. Tymczasem moja irytacja rowerzystami podczas zwiedzania stolicy Holandii rosła z minuty na minutę. Rowerzyści żyją tu trochę w innym świecie. Zawsze mają pierwszeństwo. Zawsze mają rację. Zawsze są najfajniejsi. Zawsze liczą się tylko oni.

Irytują na maksa. Ja, jako zagorzały zwolennik samochodów, miałem ich po dziurki w nosie już po godzinie, gdy wsiadłem za kółko wypożyczonego auta. To ty, jako kierowca, masz uważać na rowerzystów, którzy łamią wszelkie przepisy. To ty, jako pieszy, masz uważać, żeby jakiś rozpędzony rowerowy terrorysta nie przejechał ci po stopach, przy okazji wytrącając telefon z ręki. Generalnie rowerzyści są tu królami. Irytującymi, ale jednak.

Amsterdam

Na szczęście Kraków to Kraków, stawia na zrównoważoną komunikację, pomyślałem. Na szczęście Kraków to nie Amsterdam, gdzie wszędzie panoszy się bydło na rowerach, zakląłem w duchu. Na szczęście, zadumałem się zirytowany. I nagle trafiłem na… coffee shop. Ależ to było odkrycie!

Dzień dobry, poproszę jointa! – uśmiechnąłem się radośnie do barmanki, która niezbyt epatowała urodą. Zapaliłem. Wziąłem kilka buchów. Później jeszcze kilka. Zamówiłem kolejnego. Rozmarzyłem się. Współtowarzyszka podróży z miejsca stała się najpiękniejszą kobietą na świecie, której – gdyby nie żona i kochanka – od razu bym się oświadczył. Nawet uroda barmanki powoli zaczęła mnie zachwycać. No ale po spaleniu dwóch jonitów trzeba było opuścić coffee shop i wrócić do hotelu.

Boże, cóż to był za spacer. Szaleni rowerzyści byli jeszcze bardziej szaleni, ale nie irytowali ani trochę. Delikatnie, dostojnym krokiem, na pełnym czilu, można było przemykać między rozpędzonymi jednośladami. – Ahoj! – zagadałem nawet do jeden z panienek na różowym rowerze. Nie odpowiedziała, ale też było zabawnie.

O tak, zróbmy sobie w Krakowie drugi Amsterdam, pomyślałem z błogim uśmiechem na ustach.

Amsterdam

OK, joint skurczył się niemiłosiernie, więc czas na wnioski. A te są takie. Co kraj to obyczaj. Banał, ale do cholery, nie można żądać w Krakowie drugiego Amsterdamu. Drodzy rowerzyści, dominujące wszem i wobec ścieżki rowerowe są fajnie, jeśli piesi będą mogli się na legalu zjarać trawą w jednym z tysiąca pubów.

Dlaczego, drodzy rowerzyści, chcecie przenieść na nasz krakowski grunt tylko i wyłącznie kulturę przemieszczania się po mieście na rowerze, a nie kulturę jarania trawy?! – Chcesz się upalić? Wyjedź do Amsterdamu – powiecie. – Chcecie mieć szerokie ścieżki rowerowe i pierwszeństwo na swoich jednośladach? Weźcie swoje ukochane zabawki i spadajcie do Holandii – odpowiem.

Kraków to Kraków i przyjmuję go z dobrodziejstwem inwentarza. Imponuje mi, że mogę sobie wjechać do ścisłego centrum moim autkiem. I wkurza mnie, że rowerowi terroryści zaczynają coraz śmielej zagarniać moją przestrzeń na drodze i chodniku.

Apelujecie, aby zrobić w Krakowie drugi Amsterdam? To dajcie się najpierw upalić. A nie zawracajcie głowy jakimiś masami krytycznymi i blokowaniem miasta. Won do Amsterdamu!

Łukasz Mordarski

fot. autor tekstu

Teksty publikowane w dziale Publicystyka są prywatnymi opiniami autorów. Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami lub wyrazić swoje zdanie na naszym portalu? Napisz: redakcja@krknews.pl.

 

Zobacz także