Od lat tańczą na Rynku Głównym, gdzie każdego dnia mierzą się z tłumem turystów, zmienną pogodą i tym, co przyniesie ulica. Nie wiedzą, ilu widzów przyciągnie pokaz, jak zareagują ani co wydarzy się wokół. Mimo to niemal codziennie wracają pod Adasia, żeby podzielić się z publicznością swoją pasją. O historii Kraków B-Boys Familia, breakdance’ie i realiach występowania w sercu Krakowa porozmawialiśmy z jednym z członków składu – Rafałem.
Małgorzata Armada, KRKNews: Kiedy powstała grupa Kraków B-Boys Familia i jak do tego doszło?
Rafał, tancerz Kraków B-Boys Familia: Wszystkich nas połączył taniec. Każdy zaczynał gdzieś na swoim poletku treningowym, a później zebraliśmy się, żeby kontynuować taniec na ulicy. Mówię „kontynuować”, ponieważ my nie jesteśmy pierwszymi breakdancerami, którzy występują na Rynku Głównym. Wcześniej działali Misjonarze Rytmu i na fundamencie tej ekipy powstał trzon naszej grupy. Część składu Kraków B-Boys Familia tańczy więc od początku, inne osoby doszły do zespołu później, a wśród nich są też takie, które na naszych występach się dosłownie wychowały. W każdym razie breakdancerzy są obecni w centrum Krakowa już od 2005 r.
Ilu tancerzy liczy obecnie Wasza ekipa?
Trudno powiedzieć. Mamy około 15–20 osób, ale część z nas pracuje, ma rodziny, zajmuje się czymś innym, niektórzy dojeżdżają z innych miast. Stały trzon to grupa 5–6 tancerzy, a reszta angażuje się wtedy, kiedy może. Nie mamy też już po 15 lat, prowadzimy własne życia.
Czy macie w ekipie podział ról? Przy zmieniającym się składzie wszystko jest spontaniczne czy każdy ma swoje zadania
Jest to bardzo spontaniczne, ale mamy też podział obowiązków. Ktoś odpowiada za muzykę, mamy perkusistów, bo oficjalnie na Rynku Głównym nie możemy korzystać z nagłośnienia. Są też osoby zajmujące się logistyką i kontaktem z publicznością – rozmową i prowadzeniem show. No i oczywiście są tancerze.
Kontakt z publicznością jest dla nas bardzo ważny. Samo tańczenie to tak naprawdę tylko 50 procent naszej pracy, drugie 50 procent to sprawienie, żeby ludzie poczuli tę atmosferę. Nie każdy świetny tancerz sprawdzi się na ulicy. Można być bardzo dobrym na parkiecie czy podczas zawodów, a jednocześnie przyjść na ulicę i się trochę wycofać.
Jak często się spotykacie i trenujecie razem?
Mamy osoby w różnym wieku i na różnym poziomie. Niektórzy są już trochę na emeryturze i trenują mniej, ale cały czas są aktywni. Mamy też młodszych tancerzy, którzy regularnie przygotowują się do zawodów hip-hopowych i breakdance’owych. Chcą występować nie tylko na ulicy, ale też na lokalnych scenach czy zawodach w Europie. Są też osoby, które doszły już do swojego szczytu i skupiają się na utrzymywaniu umiejętności na odpowiednim poziomie. Trzeba pamiętać, że breakdance to taniec bardzo wymagający fizycznie i jeśli chce się tańczyć codziennie, konieczna jet dobra kondycja.
Jeśli chodzi o treningi, to nie spotykamy się wszyscy jednocześnie. Przy około 20 osobach trudno zebrać całą ekipę. Trenujemy w mniejszych grupach – część spotyka się w Częstochowie, część w Krakowie. Czasami się wymieniamy, a przy okazji różnych imprez spotykamy się wszyscy i razem tańczymy.
Na ile Wasze pokazy są spontaniczne? Macie przygotowaną choreografię i kolejność, czy raczej improwizujecie?
Kiedyś, jeszcze za czasów ekipy Misjonarzy Rytmu, często tańczyliśmy pod przygotowane przez kolegę podkłady – całą muzykę mieliśmy ułożoną pod show. Teraz po prostu puszczamy muzykę i w pewnym sensie freestylujemy. Mamy przygotowany szkielet pokazu, ruchy też się powtarzają i mniej więcej umawiamy się, kto po kim wychodzi, kiedy mówimy do publiczności i kiedy prezentujemy solówki. Ale często w trakcie wszystko zmienia się pod wpływem naszej energii. Jeśli czujemy, że show jest dobry, potrafimy całkowicie wywrócić go do góry nogami.
Czy można do Was dołączyć? Jesteście otwartą grupą czy raczej trudno się do Was dostać?
Pojawiają się nowe osoby i cały czas szukamy takich, u których widzimy smykałkę do tego tańca. Jeśli ktoś chce do nas dołączyć i przyjedzie np. na jeden dzień, a między nami pojawi się dobra energia, jesteśmy na to otwarci. Musimy się jednak polubić i złapać taki kontakt, żeby rozumieć się bez słów. Nie chodzi tylko o zarabianie – my po prostu lubimy razem spędzać czas. Dlatego w nazwie mamy „Familia”, czyli rodzina. Jesteśmy po prostu ziomkami i traktujemy się trochę jak drugą rodzinę.
Jesteście męskim składem, czy tańczą u Was także kobiety?
Obecnie na stałe tańczy u nas jedna dziewczyna, z Hiszpanii. Mamy też kolegów z Ukrainy, więc można powiedzieć, że jesteśmy międzynarodową grupą. Jest też druga dziewczyna, młodsza – b-girl Emilka – która jeszcze się uczy, ale czasami zabieramy ją na pokazy, żeby mogła nabrać doświadczenia w kontakcie z publiką.
Jak zaczęła się Twoja przygoda z breakdancem?
Zaczynaliśmy z kuzynem, tańcząc dla zabawy. Później zaczęliśmy jeździć na pokazy i treningi, gdzie poznałem więcej osób i przygoda z tańcem zaczęła robić sie poważniejsza. To był 2003 rok i nigdy nie sądziłem, że taniec stanie się częścią mojego życia.
A czy stał się Twoją pracą?
Choć próbowałem swoich sił w wielu branżach, przez wiele lat udało mi się utrzymywać się tylko z tańca. Prowadziłem własne zajęcia w szkołach tanecznych i próbowałem też stworzyć coś swojego. Bardziej spełniam się jednak podczas pokazów, dlatego gdybym miał wybierać między ulicą a salą i pracą z dziećmi jako pedagog, zdecydowanie wolałbym występować na ulicy.
Co na początku było dla Ciebie najtrudniejsze do opanowania?
Bardzo wiele elementów było trudnych. Przede wszystkim przełamanie tremy, występowanie wśród innych tancerzy i pokonywanie własnych słabości. Trudne było też wytrwanie w tym, że chce się to robić.
Kiedy zaczynaliśmy, nie było jeszcze YouTube’a, więc nie mieliśmy dostępu do materiałów, z których można było się uczyć. Musieliśmy sami szukać muzyki i nauczycieli, którzy pokierowaliby nami i pokazali, jak tańczyć zgodnie z korzeniami tej kultury. Najtrudniej było więc trafić na ludzi, którzy mogli nas poprowadzić i pokazać, że breakdance to nie tylko akrobacje, ale też coś więcej.
Jak się tańczy na Rynku Głównym? Co jest w tym najtrudniejsze?
Jeżeli tańczy się na ulicy czy robi jakiekolwiek pokazy, każdy artysta wie, że jeden dzień nie jest równy drugiemu. Nigdy nie wiemy do końca, co nas czeka – czy zarobimy jakieś pieniądze, czy pokaz będzie udany, czy ludziom się spodoba, czy może trafimy na kogoś, kto wyjdzie na środek i powie, że jesteśmy słabi. Trzeba być przygotowanym na wszystkie ewentualności i to jest jednocześnie najfajniejsza i najtrudniejsza rzecz.
Najważniejsze jest odnalezienie się w tym miejskim szumie i całym zgiełku. Jeśli ktoś nauczy się nad tym panować i kontrolować to, co dzieje się dookoła, może czerpać z tego ogromną przyjemność. Nigdy nie wiemy, na co trafimy – na jaką pogodę, jakich ludzi. Dzięki temu ta praca nie jest nudna ani powtarzalna. Zawsze może nas coś zaskoczyć.
Czy zdarzają się Wam nieprzyjemne sytuacje podczas występów?
Czasami ktoś podejdzie i powie, że jesteśmy słabi albo że mu się nie podoba. Zdarzyła się też pani, która stwierdziła, że widziałaby nas raczej na obrzeżach miasta, a nie na Rynku Głównym, bo nie pasujemy do specyfiki Starego Miasta.
Szanujemy takie opinie – jeśli komuś się nie podoba, ma do tego prawo. My również mamy prawo pokazywać naszą sztukę publiczności, a zdecydowanie częściej spotykamy się z pozytywnym odbiorem. Staramy się nie kolidować z tym, co dzieje się wokół, i szanować innych artystów oraz osoby prowadzące na Rynku swoje biznesy.
Ostatnio głośno jest o organizowanych przez DJ Staszka dyskotekach na Rynku Głównym. Czy wpływa to jakoś na Waszą pracę?
Bardzo mocno. Przez hałas, który generują te imprezy, wszyscy artyści trochę dostali rykoszetem i są wrzucani do jednego worka z DJ Staszkiem. On nie przestrzega zasad, nie chce się dogadać z innymi i psuje nam renomę.
Z drugiej strony my rozumiemy, że wszyscy mają prawo do zgromadzeń i wyrażania własnych opinii, więc nie możemy wiele z tym zrobić – musimy dostosować się do sytuacji. Takie są realia pracy na Rynku. Największym problemem jest właśnie brak kompromisu z jego strony.
Czy jest jakiś występ albo wydarzenie, które szczególnie zapadło Wam w pamięć?
Na pewno zawsze jest fajnie, kiedy przyjeżdżają inne grupy z zagranicy i dołączają do nas na jeden dzień. Zdarzali się Latynoamerykanie, którzy tańczyli z nami, albo tancerze z innych państw, rozpoznawalni w świecie breakdance’u. Takie spotkania są najciekawsze i nas nakręcają.
Co powiedziałbyś osobie, którą zainteresował Wasz pokaz i która chciałaby spróbować breakdance’u?
Myślę, że to trzeba przede wszystkim poczuć. Jeżeli ktoś obejrzy nasz show i będzie chciał spróbować, to na pewno będę go zachęcał, ale to musi wyjść z wewnątrz. Ja sam zacząłem od oglądania takich pokazów na żywo i były dla mnie inspiracją. Trzeba jednak mieć świadomość, że to wiele lat pracy. Po drodze są kryzysy, można się podłamać psychicznie, mieć kontuzje. Wytrwanie w tym jest trudne, ale kiedy już dojdzie się do pewnego poziomu, taniec daje ogromną satysfakcję.
Dla mnie taniec jest też czymś w rodzaju terapii. Kiedy pojawia się kryzys, smutek czy trudniejsze chwile, pomaga się w tym wszystkim odnaleźć. To nie jest tylko machanie nogą w lewo czy w prawo – jeśli dobrze się do tego podejdzie, taniec potrafi prowadzić przez życie.
Oczywiście czasami mam tego dość i zdarzają mi się momenty, kiedy przez kilka tygodni całkowicie się od tego odcinam, żeby odświeżyć głowę. Ale kiedy tego potrzebuję, taniec zawsze mam pod ręką.
Czy macie harmonogram występów na Rynku? Kiedy można Was zobaczyć?
Staramy się być jak najczęściej, jeśli warunki nam na to pozwalają. Nie mamy wyznaczonych konkretnych dni, dużo zależy od pogody i naszych innych zajętości. W sezonie letnim pojawiamy się na ulicy niemal codziennie. Można nas spotkać pod Adasiem wieczorami, w okolicach godziny 18.
Czy można Was zobaczyć poza Rynkiem Głównym? Występujecie też na zamówienie?
Tak, występujemy wszędzie, gdzie ktoś nas zaprosi i zapewni nam odpowiednie warunki. Zdarzały nam się wieczory panieńskie, imprezy firmowe czy festyny. Czasami robimy też coś pro bono dla lokalnej społeczności, na przykład dla dzieci albo w ramach akcji charytatywnych. Na przestrzeni lat było tego sporo – czasami pomagamy kolegom, czasami bierzemy zlecenia. To takie nasze dodatkowe „side questy”.
Instagram Kraków B-Boys Familia: https://www.instagram.com/cracowbboyfamilia/



