Szokujący wpis lekarki o aborcjach w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie. I dramacie kobiet decydujących się na usunięcie ciąży

fot. Torsten Mangner via Foter.com

To nie jest lektura dla wszystkich. Lekarka pracująca przez 6,5 roku na oddziale Położnictwa i Perinatologii Szpitala Uniwersyteckiego opisała w mediach społecznościowych dramat kobiet, które poddawały się aborcji. Nie dlatego, że nie chciały dziecka. Chciały i to bardzo! Ale nie mogły donosić ciąży albo zdecydowały się na zabieg, bo badania potwierdziły nieodwracalne zmiany płodu.

Poniżej zamieszczamy pełną treść tego wpisu. Teoretycznie powinni przeczytać go wszyscy, ale wielu opis lekarki ze Szpitala Uniwersyteckiego może zszokować. Na początek przedstawiamy jego mocny fragment, bez drastycznych opisów. To opowieść o pacjentce…
„Na łóżku porodowym zobaczyłam kruchą, zapłakaną i wyjącą z przerażającego bólu dziewczynę. W 90% tego jęku rozpaczy było czucie żywego, piekącego, wgryzajacego się w kości cierpienia psychicznego. Nie do opisania (…). Opowiedziała mi o każdej ciąży. O każdej nadziei rodzącej się w sercu po ujrzeniu dwóch pasków na teście ciążowym i o każdym z 5 pogrzebów, obdzierającym ją z fragmentów organu po lewej stronie klatki piersiowej. Tym razem sama się na to zdecydowała. Czemu?
Płód miał liczne wady…”

Oto pełna treść wpisu (DRASTYCZNE):

Byłam takim aborterem. Piszę o tym w czasie przeszłym nie dlatego, że przeszłam na „jasną stronę mocy”, ale z uwagi na to, że mam aktualnie przerwę w szpitalnych klimatach.
Przez 6,5 roku pracowałam na oddziale Położnictwa i Perinatologii, a większość tego czasu spędziłam w krakowskim Szpitalu Uniwersyteckim na Kopernika.
Tak, pracują tam ABORTERZY. Szkoląc kolejnych potworów.

Przyjęcia do terminacji ciąży jakoś dziwnie znalazły termin we wtorek. Ja ( razem z trójką doktorów) obstawiałam dyżurowo wtorki na sali porodowej. Przypadek?
O 14:15 zaczynał się raport. Doniesienia z poszczególnych oddziałów spływały od gorliwych rezydentów. Słuchałam, ale to co interesowało mnie najbardziej- słowa dr M- o tym jak wyglada sytuacja na Bloku Porodowym. Sala nr 4 upodobała sobie aborcyjne tematy.

Nie raz i niestety też nie dwa zdarzało mi się pomyśleć po przeczytaniu rozpoznania:
A.J. lat 39
Ciąża VI Poród II tyg. 17. Terminacja.
„ Jak ona może? Widać że się starała o ciążę, a teraz tak o- terminuje? Już wcale taka młoda nie jest… I jeszcze chce leki przeciwbólowe? Niech cierpi- sama wybrała.” Wczytywałam się dalej. Z moich przypuszczeń, które wtedy miałam za pewnik, potwierdziło się, że tak, owszem, starała się. Ciąża I tyg 39+2-poród martwego płodu ( po sekcji zwłok nie stwierdzono przyczyny zgonu). Kolejne ciąże poronione w 8, 12 i 16 i 20 tygodniu. Może ta sala nr 4 to też nie przypadek?

Poszłam porozmawiać z Pacjentką. Wchodząc na sławną czwóreczkę nie miałam już w głowie niczego. Chciałam jej wysłuchać.
Na łóżku porodowym zobaczyłam kruchą, zapłakaną i wyjącą z przerażającego bólu dziewczynę. W 90% tego jęku rozpaczy było czucie żywego, piekącego, wgryzajacego się w kości cierpienia psychicznego. Nie do opisania. O- excruciating. Ja to tak czułam. Jak to będzie po polsku?

Painkillery zaczęły działać. Dolegliwości fizyczne złagodniały. Opowiedziała mi o każdej ciąży. O każdej nadziei rodzącej się w sercu po ujrzeniu dwóch pasków na teście ciążowym i o każdym z 5 pogrzebów, obdzierającym ją z fragmentów organu po lewej stronie klatki piersiowej. Tym razem sama się na to zdecydowała. Czemu?

Płód miał liczne wady, całościowo układające się w trisomię 13 pary chromosomów- zespół Patau. Potwierdzone w badaniu płynu owodniowego. Dzieci z takim rozpoznaniem, jeśli nie dojdzie do obumarcia wewnatrzmacicznego, w większości przypadków nie dożywają roku. Nie wychodzą ze szpitala. Nie uśmiechają się. Nie siadają. Tylko CIERPIĄ! Podłączone do aparatów wspierających oddychanie i sondy żołądkowej w neonatologicznych inkubatorach.

Byłam takim aborterem. Piszę o tym w czasie przeszłym nie dlatego, że przeszłam na „jasną stronę mocy”, ale z uwagi na…

Opublikowany przez Doctor Ashtanga Piątek, 4 września 2020

Nie chciała dla niego takiego losu. Przepraszam, dla Madzi nie chciała. Bo to była dziewczynka.
Bo to nie chodzi kurwa o „nie szanowania życia poczętego”.

Historie mogę mnożyć, bo wtorki były przeze mnie chciane i brane. W każdej, niezależnie od przyczyny, jest ocean cierpienia i bólu. Żalu, wściekłości, pretensji, bezsensowności, zła. Zmienia to kobietę na zawsze. Mogłabym pisać dłużej- ale i tak pewnie malo kto doczyta do tego momentu. Mogłabym zrobić z tego serial- większa szansa na atencję. Ale nie będzie ani tego ani tego. Tylko puenta.
Bo zmieniło też mnie. Część mnie. Na szczęście.
Bo kim ja do cholery jestem, żeby oceniać? Żeby stawiać warunki? Żeby wdzierać się z butami/ myślami w cudze życie?
Jestem wdzięczna, bo jest mi dane wykonywanie najpiękniejszego zawodu na świecie. I tak- dalej wierzę, że to misja. Że bez powołania się nie da. Znieść tego co się codziennie widzi, słyszy – bez tego silnego w środku czegoś szepczącego- jesteś w tam gdzie Twoje miejsce.


Ale to nie o powołaniu miało być.
Jak mnie to zmieniło?
Zrozumiałam, że to nie chodzi o mnie. Że ja tam jestem dla niej. Żeby przeprowadzić ją przez piekło w bezpieczny, możliwie łagodny sposób. Zgodnie z najnowszymi wytycznymi. Łamiąc zasady pozwolić partnerowi zostać na noc, bo tak- czasami indukcja poronienia trwa kilka dni. Bo chuj to kogo obchodzi co ja myśle ( jeju, jak dobrze, że już tak nie mam). Bo to co robię to służba. A to co dostaję to niewymiarowe i słodko grzejące od wewnątrz poczucie spełnienia.

Jak dotrwałeś do końca to pokuszę się o małą prośbę. Tyci tyci. Nie. Nie musisz się stawiać w jej sytuacji- nie życzę Ci tak źle.
Teraz prośba.
Jeśli kiedyś, obojętnie czemu i gdzie, złapiesz się na ocenianiu kogoś ( nawet psa czy komara) zatrzymaj się i pomyśl: co ja kurwa wiem? I zostań z tym chwilę, w ciszy i z oddechem. Tyle. Tulę. Dziękuję. #doctorashtanga
P.S. Daleko mi do ideału, dalej korzystam z własnej prośby, staję i oddycham.”

Od redakcji – bez komentarza…

Zobacz także