W sobotę w Narodowym Starym Teatrze odbędzie się krakowska premiera spektaklu „Requiem dla snu” – koprodukcji z Teatrem Studio w Warszawie. – Krakowski zespół znałem właściwie tylko ze sceny, więc możliwość wspólnej pracy przy tym projekcie była bardzo ekscytująca – mówi KRKNews Rob Wasiewicz, aktor teatralny i filmowy, tancerz, performer oraz reżyser związany z Teatrem Studio w Warszawie.
Pod koniec marca krakowska publiczność miała również okazję zobaczyć wielokrotnie nagradzany spektakl „The Employees” w Teatrze Łaźnia Nowa. Przedstawienie warszawskiego Teatru Studio w reżyserii Łukasza Twarkowskiego miało premierę w styczniu 2023 roku i od tego czasu było prezentowane na licznych festiwalach teatralnych w Polsce i za granicą, pojawiło się także na Open’erze
W rozmowie z KRKNews Rob Wasiewicz opowiada o teatralnych sentymentach związanych z Krakowem, zagranicznych podróżach „The Employees”, pracy nad koprodukcją z Teatrem Starym oraz o tym, jak współczesność produkuje nowe formy uzależnienia.
Klara Weichönig: W sobotę odbędzie się krakowska premiera „Requiem dla snu”, a miesiąc temu zagrałeś gościnnie spektakl „The Employees” w Teatrze Łaźnia Nowa. Mam wrażenie, że Kraków jest dla Ciebie istotnym miejscem. Czy faktycznie łączą cię z tym miastem jakieś szczególne sentymenty?
Rob Wasiewicz: – Kraków to dla mnie niezwykle ważne miejsce – przede wszystkim stricte teatralnie. Już jako student przyjeżdżałem do Starego Teatru, oglądałem spektakle, podziwiałem aktorów i marzyłem, żeby kiedyś pracować na tej scenie.
Kraków jest dla mnie teatralnie ważny – z jego całą wielką, głęboką tradycją, działającymi tutaj instytucjami, legendą Kantora i bliską memu sercu Piwnicą pod Baranami.
Teraz pracujemy z Kubą Skrzywankiem nad „Requiem dla snu”, koprodukcją Teatru Studio w Warszawie i Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Próby najczęściej odbywajły się naprzemiennie po dwa tygodnie w każdym z tych miast. Przyjeżdżam do Krakowa z ogromną przyjemnością – to ekscytujące móc choć przez chwilę pomieszkać w tym mieście.
Pamiętam, jak jako student przyjeżdżałem tu na różne warsztaty teatralne i spektakle. Uwielbiałem krakowskie życie barowe. Wiele mocnych przeżyć mam z tamtego okresu… Jeszcze kiedy piłem alkohol, wyznawałem zasadę: jeden bar, jeden drink i idziesz dalej… I poznajesz ludzi.
Pamiętam też, że w Krakowie zawsze można było wyjść samemu na piwo i bardzo rzadko kończyło się w pojedynkę. Bardzo szybko ktoś cię „wchłaniał”, zaczynała się rozmowa, a później trafiało się na jakąś imprezę, i kolejną. Wieczory były bogate w przygody.
Widzę, że masz wiele wspomnień związanych z Krakowem. Wróćmy może jednak do Twojej aktywności teatralnej. „The Employees” od dłuższego czasu podróżuje po świecie i trafia do bardzo różnych kontekstów kulturowych, niekiedy nawet bardziej konserwatywnych niż w Polsce. Czy widzisz różnice w odbiorze tego spektaklu w poszczególnych krajach? Nie ukrywam, że szczególnie interesująca jest dla mnie kwestia pojawiających się w nim scen intymnych.
– Jeśli pytasz o nagość w „The Employees”, to jest ona daleka od jakiejkolwiek prowokacji. Jest piękna i obrazowa, trudno odbierać ją inaczej. Nie mieliśmy jeszcze sytuacji, w której byłoby to problemem. Jedynym miejscem, w którym nagie ciało w ogóle stało się tematem, była Finlandia, ale zupełnie w drugą stronę. To było akurat zabawne.
W ramach materiałów promocyjnych jakaś strona z codziennymi newsami wrzuciła nasze nagie zdjęcia. Prośba o ewentualne usunięcie ich spotkała się z absolutnym niezrozumieniem. No ale Finlandia to kraj, w którym nagie ciało jest kulturowo oswojone.
Abstrahując od tematu nagości, jeżdżąc z tym spektaklem mamy do czynienia z naprawdę̨ przeróżną̨ publicznością̨. Normalnie, w teatrze widownia każdego dnia jest inna, ale jeśli dodasz do tego rożne szerokości geograficzne i konteksty kulturowe, to te różnice stają się olbrzymie. Na wyjazdach gramy cztery lub pięć razy, więc można poczuć temperament widowni. „The Employees” daje widzowi możliwość pewnego rodzaju uczestniczenia w tym wydarzeniu. W każdym kraju publiczność bardziej lub mniej z tej możliwości korzysta. czasem jest odważniejsza, czasem bardziej zachowawcza. Czasem, tak jak w Belgii, głównie słuchała w skupieniu, nagradzając spektakl długimi owacjami na stojąco. Zdarzało się też, jak w Rumunii, że prawie cała widownia tańczyła z nami. To było coś niesamowitego. W spektaklu są krótkie przerwy, kiedy można z nami rave’ować i zawsze ktoś dołącza, ale w Rumunii brakowało miejsca. Tańczył cały tłum. Warto dodać, że graliśmy podczas niewyobrażalnych upałów. To była po prostu jedna wielka impreza. Podobna energia stworzyła się w Gruzji. Z kolei w Seulu graliśmy dla podejrzewam 400 osób. I poza scenami nagości widzowie cały czas robili zdjęcia spektaklu, oglądali go przez telefon. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w przestrzeni z 400 kamerami. Każdy chodził z iPhone’em, każdy ruch ręki był rejestrowany. Normalnie mamy w spektaklu dwie kamery, tutaj trudno było określić, do którego obiektywu grać. To było cudowne.
Brzmi jak ekstremalnie trudne przeżycie. Każdy wasz gest był śledzony, nagrywany, a może nawet i wielokrotnie odtwarzany i studiowany, a Wy jednak odebraliście to doświadczenie pozytywnie?
– Ja tak. Myślę, że reszta obsady też by się z tym zgodziła. Im bardziej widownia się porusza, przemieszcza i aktywnie doświadcza spektaklu, tym jest to ciekawsze. Czasem widzowie sprawdzają, czy to, co przygotował Łukasz Twarkowski, reżyser, jest „żywe” – czy dzieje się tu i teraz; czy może zostało wcześniej nagrane. To jest pewnego rodzaju iluzją. W Nowym Jorku doświadczyliśmy najbardziej aktywnej publiczności, reagowała wyjątkowo żywiołowo, czasem nawet komentując na głos. W jednej ze scen, gdzie dochodzi do kontrowersyjnej sytuacji między humanoidem a człowiekiem, z widowni było słychać komentarze w stylu: „Oh my God, she didn’t… no, it’s impossible, look what she did!”.
A co z naszą rodzimą publicznością? Czy i jej zdarzało się Was zaskoczyć? Zdaje się, że udział w Open’erze mógł być granicznym doświadczeniem.
– Open’er to specyficzny świat, a granie tam o godzinie 14 to mocne przeżycie. Mocne, ale dobre. Ludzie nie przyjeżdżają na ten festiwal, żeby oglądać teatr. Raczej będąc tam korzystają z faktu, że nadarza się taka sposobność. Mieliśmy więc do czynienia z zupełnie inną widownią. W ogóle inicjatywa teatru na Open’erze jest świetna, a „The Employees” bardzo dobrze się tam odnalazło.
Czy to znaczy, że wolicie grać spektakle wyjazdowe, czy może jednak w swoim macierzystym teatrze w Warszawie?
– To są dwa zupełnie różne doświadczenia, niemożliwe do porównania. Lubię jedno i drugie. Wiadomo, wyjazdy z „The Employees” są ekscytujące. Towarzyszy im poznawanie ludzi i nowego środowiska teatralnego. Często mamy też możliwość pobyć w miastach, które odwiedzamy. To ogromny przywilej móc wozić produkcję teatralną po świecie.
Widzę, że w takim razie jesteście w bezustannym ruchu. Jak więc w tej sytuacji wyglądała Wasza praca nad „Requiem dla snu”?
– Tu sytuacja wygląda nieco inaczej. Podczas proces tworzenia nowego spektaklu, pojawiają się zupełnie inne wyzwania. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego współoddziaływania: cztery osoby aktorskie z zespołu Starego i cztery osoby ze Studia. Niepodważalną siłą koprodukcji jest owa wymiana doświadczeń.
Z tego, co wiem, wcześniej nie mieliście okazji, żeby spotkać się z aktorami z Teatru Starego przy innych projektach? Jak wyglądała wasza współpraca na samym początku?
– Krakowski zespół znałem właściwie tylko ze sceny, więc możliwość wspólnej pracy przy tym projekcie była bardzo ekscytująca. Tym bardziej, że już po drugiej czy trzeciej próbie padły pierwsze słowa wdzięczności, że super skład się spotkał, i że Kuba Skrzywanek dobrał naprawdę świetną obsadę, zarówno realizatorską, jak i aktorską. Tekst Jana Czaplińskiego i Jakuba Skrzywanka, kostiumy Lili Dziedzic, muzyka Marcina Maseckiego, scenografia Grzegorza Layera, choreografia Karoliny Kraczkowskiej, światło Jacqueline Sobiszewskiej, wideo Natana Berkowicza – razem tworzą świat, który na długo zostanie w głowach widzów.
A jaki jest Twój osobisty stosunek do „Requiem dla snu”? Czy to pozycja literacka była Ci już wcześniej bliska?
– Film zobaczyłem jako nastolatek. Oczywiście mnie przeraził i zaszokował, ale był też dla mnie i moich przyjaciół kultowym obrazem. Teraz obejrzałem go po latach i jest absolutnie wstrząsający. Można by długo o nim rozmawiać – o tym, co produkuje, jak bardzo estetyzuje ludzkie cierpienie, jak czyni je pięknym. To jest jego ogromna siła, ale też znak czasu, w którym powstał. Jest świetnie zrobiony i zrealizowany.
A my faktycznie pracujemy głównie na książce, która ma jeszcze inny wymiar niż ekranizacja. Myślę, że jest jeszcze bardziej dojmująca, bo nie została przepuszczona przez ten estetyczny filtr, który – w dobrym sensie – jest pułapką filmu. Po książce trudniej się otrząsnąć. Może dlatego, że przyswajasz ją inaczej. Ona wciąga cię w jeszcze głębszy mrok.
Kuba Skrzywanek i Jan Czapliński sięgnęli po tekst o bardzo dużym ciężarze emocjonalnym; „Requiem dla snu” koncentruje się przecież wokół uzależnienia i związanego z nim bólu oraz przemocy. Chciałam zapytać, jak ty, jako aktor, radzisz sobie z odtwarzaniem tak trudnych stanów na scenie?
– To jest proces. Im trudniejsze są tematy do przepracowania, tym mocniej budujesz jakąś „zbroję” albo odgradzasz się od tego, co robisz. Mam duże zaufanie do Kuby. Widziałem wiele jego spektakli i to, co mnie w jego teatrze ekscytuje, to odważne i prowokacyjne podejmowanie pewnych tematów. Jestem daleki od „polerowania” czy uładzania jego propozycji. Niektóre pomysły są dość odległe od mojej wrażliwości i bardzo mnie fascynuje w tym procesie wchodzenie w nieznane, wręcz niewygodne dla mnie miejsca.
W spektaklu gram Harry’ego; soczewka jest tu przesunięta na jego relację z matką, która w kontekście uzależnienia jest niezwykle złożonym tematem. Pełna skrajnych emocji. Tak okrutnych, jak i pięknych. Mam szczęście pracy z Anią Radwan, która gra Sarę. Jest pomiędzy nami super chemia i bardzo dobra wymiana w tej relacji matka-syn. Zapraszam to sprawdzić do Starego lub Studio.
Jakiego spektaklu mogą spodziewać się widzowie?
– Spektakl jest adaptacją powieści Huberta Selby’ego Jr. Jakub Skrzywanek i Jan Czapliński, nasz dramaturg, umieścili w niej liczne „wytrychy”, problematyzujące naszą rzeczywistość. To „Requiem” jest opowieścią o tym, co nas dotyczy teraz; nie tylko i wyłącznie odtworzeniem historii z lat 80., rozgrywającej się w Nowym Jorku. Opowiada głównie o uzależnieniu, a nie wiem, czy są bardziej uzależnieniowe czasy niż te, w których żyjemy teraz. To, w jaki sposób funkcjonujemy dziś wobec smartfonów, w realiach późnego kapitalizmu. W tym, jak chcemy przeżywać siebie, swoje relacje, szczęście rodzinne czy osobiste. To, jak self-care może stać się formą uzależnienia od bycia szczęśliwym i od poczucia realizacji. Czasy, w których bardzo opłaca się brak zaufania do siebie – i to jest kapitalizowane. Im bardziej ludzie sobie nie ufają, tym łatwiej im coś sprzedać. To bardzo lotny mechanizm. Do wszystkiego potrzebujesz aplikacji i urządzeń, które produkują content, jednocześnie upewniając cię, że żyjesz na „właściwym” poziomie.
Poruszacie bardzo ciężkie tematy. Zastanawiam się czy masz wobec tego jakąś odskocznię? Jakieś nowe projekty, które pozwolą Ci odreagować?
– Nie mam w zwyczaju odreagowywać jednej pracy drugą. Odskoczni szukam poza pracą. Zaraz zaczynam duże wyzwanie. Pierwsze próby do nowego spektaklu na dużej scenie w Teatrze Studio, w reżyserii Ani Smolar. Czekam na to spotkanie od dawna. Premiera zaplanowana jest na przyszły sezon. Czekam też na premiery w Teatrze Telewizji, nad którymi obecnie pracuję. Jedną z nich będzie „Książka wszystkich rzeczy” w reżyserii Karoliny Maciejaszek, zaplanowana na jesień.
A gdybyś miał zaprosić krakowską publiczność do Teatru Studio w Warszawie – na co szczególnie warto przyjechać?
– Wiesz co, chyba mało jest tytułów, na które bym nie zaprosił. Mamy siedzibę w Pałacu Kultury, super zespół i bardzo szeroki repertuar, który daje różne doświadczenia. Na przykład „Mała Empiria” Eweliny Żak – najnowsza premiera z marca. To monodram o wchodzeniu w wiek średni, o kolejnym etapie życia. „The Employees” oczywiście trzeba zobaczyć.
W grudniu mieliśmy premierę „Magicznej rany”, która spotkała się z bardzo dobrym odbiorem. Nawet Dorota Masłowska dała „okejkę”. We wrześniu w repertuarze pojawił się także spektakl „AlphaGo_Lee. Teoria poświęcenia”, który również polecam.
A z takich starszych tytułów, które gramy rzadziej, a łapią za serce – „Koniec z Eddym” w reżyserii Ani Smolar i „Berlin Alexanderplatz” w reżyserii Natalii Korczakowskiej, dyrektorki artystycznej Teatru Studio.
Rozmawiała Klara Weichönig









