Jeden list wysłany z japońskiego liceum wystarczył, by zmienić całe życie. Kilka lat później jego autor przypłynął do Gdańska, a dziś – po ponad trzech dekadach – prowadzi w Krakowie szkołę języka japońskiego i nie planuje wracać. Poznajcie historię Hiroshiego Hyodo.
Zaczęło się od korespodencji
Wszystko zaczęło się w japońskim liceum i od pasji do języka angielskiego. To były lata 80., więc o powszechnym internecie nikomu się nie śniło. Funkcjonowały jeszcze listy – dziś już niemal zapomniane. Ludzie po prostu do siebie pisali, również ci mieszkający w różnych krajach. Inicjatywa International Pen Friends dotarła do Hiroshiego Hyodo. Koszty udziału były bardzo niskie, a możliwość wyboru szeroka. Zaczynało się od ankiety: „Z kim chcesz korespondować?”. Dzisiaj sensei, a wtedy licealista, zaznaczał Stany Zjednoczone i Europę. Otrzymał listę 14 nazwisk i adresów – w ten sposób zyskał nowych znajomych. Budowanie relacji w tamtych czasach zajmowało sporo czasu: list w jedną stronę szedł około dwóch tygodni, więc odpowiedź przychodziła po miesiącu. Wśród korespondencyjnych znajomych Japończyka znalazła się dziewczyna z Mszany Dolnej.
Z Zachodu do Małopolski
Ścieżka do małopolskiego miasteczka była kręta. W międzyczasie pojawiły się bowiem studia w Stanach Zjednoczonych, ale nawiązane kontakty listowe nie ustawały. Kiedy Ameryka okazała się dla senseia rozczarowaniem, po udanej wizycie we Francji – u, nomen omen, korespondencyjnej koleżanki – narodził się pomysł wyjazdu do Europy i kontynuowania studiów w Wielkiej Brytanii. Podczas podróży do Skandynawii młody chłopak stwierdził, że najwyższa pora zawitać do Polski i przypłynął promem do Gdańska. Kraj nad Wisłą nie zrobił na nim dobrego pierwszego wrażenia:
„To był naprawdę inny kraj. Było brudno, biednie, szaro, ludzie wyglądali jak bezdomni, nikt nie mówił właściwie po angielsku” – wspomina Hiroshi Hyodo.
Sensei jednak nie uciekł, tylko pojechał spotkać się ze swoją znajomą z Mszany, która zaprosiła go wówczas na studniówkę. W ten sposób dwudziestoletni Japończyk poznał Agnieszkę – swoją przyszłą żonę, która była współlokatorką korespondencyjnej koleżanki. Zamiast powrotu po studiach do rodzinnego Miyazaki były szybkie przenosiny „za pracą” do Krakowa oraz ślub z ukochaną.
Trudne krakowskie początki
Kraków w latach 90. był – delikatnie mówiąc – niezachwycający, ale był też jedynym miastem w Małopolsce, w którym Japończyk mógł znaleźć jakiekolwiek zatrudnienie. Początek jego zawodowej ścieżki w Krakowie był katastrofą. Pierwsza praca w biurze podróży u Włocha Carlosa okazała się wielkim oszustwem – za trzy miesiące pracy wypłata wyniosła 100 zł, co nawet na tamte czasy było śmiesznie niską kwotą. Potem wcale nie było lepiej – za miesiąc pracy jako nauczyciel języka angielskiego w jednym z krakowskich liceów Japończyk otrzymał 123 zł.
Niskie pensje i warunki pracy budziły coraz większą frustrację i niepewność o przyszłość, chociaż Hiroshi Hyodo pracował bez przerwy. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że rodzice senseia nie zaakceptowali jego życiowego wyboru. Dla nich było oczywiste, że jako jedyny syn po studiach wróci do ojczyzny i ożeni się z Japonką. Mieli już nawet dla niego kandydatkę, ale wizyta nad Wisłą sprawiła, że cały plan legł w gruzach. Dopiero narodziny wnuczki sprawiły, że relacje odżyły. Z kolei po stronie żony nie było żadnego problemu – teściowie przyjęli senseia do rodziny bardzo serdecznie. Podobnie wśród znajomych, współpracowników i ludzi mijanych na ulicy dominowało raczej zaciekawienie. Hiroshi Hyodo nie doświadczył w Polsce rasizmu, co sam bardzo docenia – zwłaszcza że podczas wcześniejszych pobytów we Francji, Włoszech czy USA takie sytuacje miały mejsce.
Czas na japoński w Krakowie
Lata mijały, a Hiroshi Hyodo pracował od rana do wieczora – ucząc w szkołach i udzielając korepetycji. W końcu nadszedł przełom: spotkanie z byłą uczennicą na Poczcie Głównej, które sensei wspomina dziś z wdzięcznością i sentymentem. To ona podpowiedziała mu, że powinien założyć szkołę języka japońskiego. Nie było łatwo – popyt na naukę języków azjatyckich był wtedy niewielki. Na pierwsze zajęcia w V LO przyszły cztery osoby. Z czasem grupa rosła, aż w 1998 roku narodził się dzisiejszy Sunstar – szkoła języka japońskiego, do której obecnie zapisanych jest 350 osób. Zajęcia odbywają się w II LO im. Jana Sobieskiego w Krakowie oraz online, a oferta obejmuje także wyjazdy do Japonii, wymiany szkolne i warsztaty kulturowe.
Japońsko-krakowska rodzina
Kiedy wpiszemy w YouTube nazwisko „Hyodo”, pojawiają się profile Gabriela i Patrycji – dzieci senseia. Rodzeństwo opowiada głównie o Japonii. Tymczasem kraj ich ojca nie był w domu tak obecny, jak można by przypuszczać. Przez wiele lat Hiroshi Hyodo rozmawiał z dziećmi wyłącznie po angielsku. Ze względu na koszty nie było też mowy o wspólnych wyjazdach. Słaba sytuacja finansowa sprawiła, że przez ponad dekadę nie był w swoim kraju. Pierwsza okazja pojawiła się dopiero przy pracy przy polskim pawilonie na EXPO w Nagoi w 2005 roku. Wtedy z zarobionych pieniędzy opłacił dzieciom podróż do Japonii.
„Kraków jest moim domem”
Hiroshi Hyodo jest w Polsce od ponad 30 lat. Do Japonii lata często – do ojca i do syna, Gabriela, który przeprowadził się tam na stałe. Sam nie planuje opuszczać swojej drugiej ojczyzny, choć nie ukrywa, że tęskni za pierwszą i z wiekiem sentyment staje się coraz silniejszy.
„Japończycy mówią: «O domu myśli się najbardziej, gdy jest daleko»” – podsumowuje z nostalgią Hiroshi Hyodo.
Absolutnie nie należy jednak do osób, które narzekają. Zawsze uśmiechnięty, z niewymuszonym poczuciem humoru, otwarty na innych ludzi. Zwraca uwagę na różnice kulturowe, ale też podobieństwa między Polską a Japonią – szczególnie na podział między tym, co mówi się publicznie, a tym, co myśli naprawdę (jap. honne i tatemae).
Po latach uznaje osiedlenie w kraju nad Wisłą za bardzo dobry wybór. Język polski – a zwłaszcza odmiana – wciąż sprawia mu trudność i sam śmieje się ze swoich błędów, ale nie ma problemów z komunikacją. Kuchnia w kraju nad Wisłą mu odpowiada, choć nie przepada za cięższymi potrawami. Nigdy nie miał potrzeby wyprowadzki z Małopolski. Niczego nie żałuje, a Kraków uważa za swój dom, choć od pewnego czasu mieszka w Wieliczce. Docenia uprzejmość ludzi, spokój, bezpieczeństwo i historię miasta. Lubi spacerować bulwarami w kierunku Mangghi, zwłaszcza gdy kwitnie tam sakura, dająca mu namiastkę Japonii. Ale to tutaj znalazł swoje miejsce.
Małgorzata Armada



