Potencjalnych beneficjentów odwołania Aleksandra Miszalskiego jest całkiem sporo. Ale tylko jeden dał akcji odwoławczej twarz nazwisko i sporo pracy. Czy Jan Hoffman, bo o nim mowa, jest w stanie zdyskontować to co stało się efektem jego działań, czy w ogóle nie ma takiego pomysłu?
27 stycznia stała się rzecz niby spodziewana, a jednak zaskakująca. Wniosek o wszczęcie procedury referendum odwoławczego Prezydenta i Rady Miasta Krakowa został jednak złożony. Mówiło się o tym od miesięcy, ale im więcej się mówiło, tym bardziej nic się nie działo, a ewentualne referendum coraz bardziej zaczęło przypominać jednorożca, co to wszyscy o nim słyszeli, a nikt go nie widział. Aż tu jednorożec zmaterializował się za sprawą grupy inicjatorów referendum na czele z Janem Hoffmanem. Jan Hoffman to postać nie anonimowa w Krakowie. Przewodniczący Rady Dzielnicy I Stare Miasto, prawnik, dawno temu działacz Unii Wolności, w ostatnich wyborach samorządowych lider jednej z krakowskich list środowiska Jacka Majchrowskiego. W ostatnich miesiącach zaprezentował się Krakowianom jako twardy krytyk prezydentury Aleksandra Miszalskiego. Krytyk merytoryczny, wyważony i, jak na warunki głosowania ludowego, które sam wywołał, mało
populistyczny.
Co ciekawe, przez pewien czas twarz i nazwisko Jana Hoffmana nie było tym, które głównie kojarzyło się z referendum. Za centralną postać i spiritus movens całej akcji uważany był przez komentatorów i opinię publiczną Łukasz Gibała. Jednak, im dłużej trwała kampania, tym bardziej Hoffman był utożsamiany z referendum, a to spojenie jego twarzy i nazwiska z krakowskim głosowaniem stało się niemałym kapitałem politycznym w momencie, gdy odniosło ono skutek w postaci odwołania prezydenta. W normalnych warunkach nie ma w tym nic nadzwyczajnego, człowiek, który zbudował pewien kapitał polityczny chce go teraz wykorzystać. Dla Hoffmana nie będzie ku temu lepszej okazji i w tym sensie jego start w wyborach nie jest niczym niezwykłym.
Nałóżmy na to jednak teorię spiskową, która w ostatnim czasie krąży pod Wawelem. Głosi ona, że Łukasz Gibała nie wystartuje w najbliższych wyborach, bo ewentualne rządzenie krótszą kadencję i z opozycyjną wobec niego radą mu się nie podoba. Stąd pojawia się kandydat „zastępczy" w postaci Jana Hoffmana. Kandydat ma sobie urzędować do końca niepełnej kadencji, czyli do 2029 roku, a potem zrobić miejsce kandydatowi właściwemu czyli Gibale. Co przemawia za tą plotką? Przede wszystkim, spojenie w wyobraźni ludzi, działań Hoffmana z planami Gibały. Zupełnie jak w przypadku referendum, w którym Hoffman działał, a za inspiratora działań uznawany był Gibała. Abstrahując jednak od tego czy Łukasz Gibała wystartuje, czy nie wystartuje w tych wyborach, niezależność Jana
Hoffmana w świadomości wyborców ma kluczowe znaczenie. Jeśli ci potraktują go jako byt odrębny, ma szansę zaistnieć w polityce, jeśli nie, też ma taką szansę, ale tylko wtedy, gdy Gibała nie zdecyduje się na start. Jeżeli natomiast w rywalizacji pojawią się razem, to będą
mówić do tego samego elektoratu, a wtedy wygra silniejszy, czyli chyba nie Hoffman. Druga, bardzo trywialna rzecz na potwierdzenie plotki, to fakt, że w polityce nie ma w zasadzie rzeczy niemożliwych, więc i spisek może mieć miejsce. Dodajmy do naszej teorii kolejne pięterko. A jeśli kandydat Hoffman jest „balonem próbnym” Gibały, który chce zobaczyć jak zareagują wyborcy? A kiedy już to sprawdzi, to kandydat się wycofa i przekaże swoje poparcie kandydatowi „właściwemu”, wspaniałomyślnie godząc się na wiceprezydenturę u jego boku.
Co stoi w sprzeczności z logiką, przynajmniej tą polityczną, jeśli idzie o wyżej wzmiankowane plotki? Dwie rzeczy, które dotyczą bardziej Gibały, niż Hoffmana. Pierwsza jest taka, że ze strony wyborców ewentualny brak startu Gibały może spotkać się z dużym niezrozumieniem, bo wciąż, jest on kojarzony jako główny adwersarz Aleksandra Miszalskiego. Gibała nigdy nie był bliżej prezydentury Krakowa i być może, nigdy bliżej nie będzie, a kandydat „zastępczy” może jego wyborców nie zainteresować i wtedy wygra ktoś inny. Druga sprawa to ryzyko, jakie niesie za sobą ewentualna próba obsadzenia w Magistracie, bądź co bądź, tymczasowego kandydata. Gdyby w takich warunkach Hoffmanowi udało się zdobyć prezydenturę, jej oddanie po trzech latach rządzenia wcale nie byłoby pewnie perspektywą wesołą, a skoro tak, mogłoby wywołać jego opór i kolejną wojnę o prezydenturę Krakowa. W końcu nie raz już kłócono się o oddanie po określonym czasie jakiejś mniej prestiżowej funkcji, jak np. przewodniczący Rady Miasta-choć trudno wyobrazić sobie urząd bardziej dekoracyjny i okrojony z realnej władzy. Tyle teorie spiskowe. Realny jest jednak fakt, że na firmamencie krakowskiej polityki wzeszła nowa gwiazda, która nie chce być gwiazdą jednego sezonu. W tej chwili Jan Hoffman ma mocne karty, by trwałej wpisać się w politykę pod Wawelem, a może i dalej.
Jednak w mocno zabetonowanej polskiej scenie politycznej, kłopot polega na tym, że im bardziej Hoffman jest niezależny, tym będzie mu trudniej. Najbliższy czas pokaże więc jaki poziom trudności w polityce wybrał inicjator niedawnego referendum.
Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator
(bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.



