Szybkie fakty

Kategoria Miasto
Data 14 maja 2017
Czytanie ~4 min
Miasto · 14 maja 2017 · 4 min czytania

Krakowianie, nie dajcie się robić w konia! Wy i Wasze dobra nie jesteście bezpieczni

Autor: Michał Lop Aktualizacja: 14.05.2017 Lokalizacja: Kraków

Podam Wam kilka przykładów. Tak dla przestrogi, żebyście nie dali się mamić hasłami: „monitorowany”, „ogrodzony”, „strzeżony”. Bo to często pomaga, ale też usypia czujność i nie daje absolutnie żadnej pewności bezpieczeństwa.

Jak każdy chcę być bezpieczny, jak każdy chcę jak najlepiej zabezpieczyć siebie i najbliższych. Po przeczytaniu artykułu Zuchwała kradzież w Krakowie. Zobacz nagranie z monitoringu przypomniałem sobie kilka sytuacji z mojego życia, które i Wam powinny dać do myślenia.

A latarkę pan ma?

Kiedyś poradziłem ojcu, który jest właścicielem sklepu, by założył alarm i połączył go z agencją ochroniarską. Na pewno znacie ten patent – alarm wyje, ochrona dostaje sygnał i pędzi na miejsce.

Jeśli jednak znacie go w takiej formie, to znaczy, że nie znacie. Bo ochrona nigdzie nie pędzi. W naszym przypadku alarm wyje i automatycznie dzwoni do domu z hasłem: „alarm na …. (tu nazwa ulicy)”. Zadzwonili więc kiedyś koło 3 w nocy. Zaspany odebrałem, poinformowałem ojca, chwilę podumaliśmy, czy opłaca się jechać (bo na ogół alarm włącza się np. z powodu ruchów powietrza), aż w końcu wciągnąłem spodnie, wyjechałem z garażu i wystartowałem.

Obszedłem sklep, sprawdziłem drzwi, okna i nadjechali oni – nieustraszeni obrońcy życiowego dobytku. Jeden gruby, drugi grubszy, obaj wiek przedemerytalny. Ukłonili się, zapewnili, że wszystko dokładnie sprawdzą i wzięli się do roboty. A na do widzenia – tak jakby od niechcenia – spytali, czy czasem nie mam ze sobą latarki, bo ta ich odmówiła posłuszeństwa. Ha, nocna zmiana nieustraszonych jest tak dobra, że działa nawet po ciemku! Mieli szczęście – byłem zbyt zaspany, by im odszczeknąć. Pokręciłem głową i odjechałem, ale na drugi dzień wiedziałem, co z tym fantem zrobić. Przepraszam, ale tak robić w konia to ja się nie dam.

Policjant i maszyna do pisania

Drugi przypadek – podobną ochronę miałem w swoim krakowskim mieszkaniu, ale pewnego dnia postanowiłem je dodatkowo ubezpieczyć. Pani sprawdza zniżki: jakiś procent za rolety antywłamaniowe, coś tam za drzwi, ale najmocniejsze zostawiłem sobie na koniec.

– Mam alarm z podłączeniem do agencji ochroniarskiej! – mówię z dumą.

– Rozumiem, ale za to nie ma zniżek. Jeszcze nigdy nam się nie zdarzyło, by oni złapali złodzieja. Alarm albo jest rozkodowywany, albo przyjeżdżają za późno – poinformowała bez mrugnięcia okiem agent ubezpieczeniowa.

No to z alarmu zrezygnowałem. A jak rezygnowałem, to z 55 zł miesięcznie, które początkowo płaciłem, pani w telefonie zaoferowała „ochronę” nawet za 14 zł. Mimo wszystko podziękowałem.

To co, moi drodzy, może monitoring? No to słuchajcie. Jakieś 10 lat temu ukradli mi rower ze stojaka przy bibliotece przy ul. Rajskiej. Nerw straszny, ale patrzę – jest kamerka, wycelowana prosto w miejsce zbrodni. Biegnę podniecony do ochroniarza, na co ten uprzejmym, ale leniwym głosem: „Wie pan ile to cofania? Pójdzie pan na policję, to im udostępnimy i oni sobie sprawdzą”. OK! Jasne, że pójdę.

Komisariat, chyba przy ul. Siemiradzkiego. „Rower mi ukradli” – krzyczę do pani siedzącej w okienku. „Dobrze, pan poczeka”. Po jakiś 45 minutach przyjmuje mnie policjant – zatęchły pokój, znudzony stróż prawa i zaczynamy stukanie w… maszynę do pisania. Po pierwszym zdaniu pojawiają się jednak wątpliwości.

– Wie pan, protokół spiszemy, bo musimy, ale szanse na znalezienie marniutkie. Jakiś ukryty numer identyfikacyjny na tym rowerze chociaż pan miał?

– Nie, ale tam jest monitoring!

– Monitoring? No to chociaż wiemy, że prawdopodobnie złodziej był zakapturzony lub w kominiarce.

Protokół wklepaliśmy na maszynę, za jakiś czas przyszło umorzenie.

Złodziej BMW i „Kocham Kasię”

Nie zainteresowałem się, z jaką pasją policja szukała przestępcy, ale niedawno znajomy opowiadał, że zgłosił na policję, iż ktoś stuknął mu samochód. „Świadkiem” tego był jednak monitoring przy osiedlowym sklepie. Stróże prawa pokiwali głowami, a wkrótce przysłali umorzenie.

Sprawa się jednak nie skończyła, bo właścicielem sklepu był kolega poszkodowanego i okazało się, że… policja nawet nie zwróciła się do niego o monitoring. I tak ze sprawy o stuknięcie auta zrobiła się sprawa o niedopełnienie obowiązków przez panów policjantów.

Dlatego kompletnie nie zdziwiłem się przeglądając film z zuchwałej kradzieży BMW. Spójrzcie tylko, jak ci złodzieje się poruszają – z początku krokiem bardziej zbliżonym do leniwego niż jakiegokolwiek truchtu. Później coś majstrują przy kamerce (oczywiście zamaskowani), ale w taki sposób, że tylko czekałem, aż któryś z nich wyciągnie kartkę z napisem: „Kocham Kasię” i później pochwali się swojej oblubienicy, gdy już wideo będzie robiło furorę w sieci.

Spokojnie mijają kolejne drzwi, spokojnie wyjeżdżają z garażu. Kradzież trwa i trwa, a złodzieje są równie spokojni, co sen właściciela BMW. A to wszystko w zabezpieczonym i monitorowanym garażu.

I nie, nie twierdzę, że monitoring jest bezsensowny. Gdyby za taką samą cenę miał wybrać garaż z monitoringiem i bez, to oczywiście, że wolę mieć kamerki. Tylko nie łudzę się, że to zatrzyma złodzieja. Może jakoś pomoże (ustali godzinę kradzieży, liczbę sprawców itd.), ale bardziej liczę na kamerki w kontekście zarysowania auta – że doprowadzą mnie do pani Krysi z III piętra, a ściągną mój niesłuszny gniew z pana Jurka mieszkającego na parterze.

Bo to podobnie jak z ochroniarzami na osiedlach. Sam takiego nie mam, ale ma znajomy. I mówi wprost: „płacimy temu panu za to, żeby gonił tych, co parkują w niedozwolonych miejscach. Nikt się nawet nie łudzi, że ponad 6o-letni pan Mietek będzie miał siłę i ochotę zatrzymywać złodzieja i narażać się za kilkanaście stówek miesięcznie”.

Monitoring pewności nie daje, ale co w zamian?

Nie chcę Was zniechęcić do monitoringu, zatrudniania ochroniarzy, współpracy z agencjami. To wszystko może być pomocne, ale krakowianie – nie dajcie się robić w konia. Obecne, standardowe zabezpieczenia nie dają nawet 50 proc. prawdopodobieństwa, że Wy lub Wasze dobra są bezpieczne. Ale wiecie co jest najgorsze? Że na razie główną alternatywą (przynajmniej dla mnie) są ubezpieczenia. Ubezpieczenia, których drobny druk i obostrzenia budzą niewiele mniej wątpliwości niż kamerki/ochroniarze/agencje…

P.S. Najprostszy przykład – sprawdźcie pobliskie parkingi. Te zamknięte, strzeżone, monitorowane i… z zapisem: „nie bierzemy odpowiedzialności za samochody oraz rzeczy w nich pozostawione”.

Dawid Mizioł

zdjęcie tytułowe / fot. Foter.com

Reklama