– Gdyby Józef Dietl lub Juliusz Leo myśleli kategoriami na „nie”, to dziś na plantach trwałby wypas świń, w fosie pływałyby kaczki, a mieszczki krakowskie wylewałyby pomyje przez okna na chodnik ulicy Floriańskiej – pisze dla KRKnews.pl Alicja Podgórska.
Wybór Pani dr hab. Moniki Bogdanowskiej na funkcję Małopolskiego Konserwatora Zabytków był realizacją marzeń krakowskich aktywistów. I od samego początku budził spore obawy czy uda się Pani Konserwator oddzielić bycie aktywistką miejską od bycia urzędnikiem.
Pogodzenie tych ról plus bycie pracownikiem naukowym, w końcu musiało brutalnie zderzyć się z rzeczywistością, która jest zupełnie inna niż teoretyczno-aktywistyczne podejście do świata, otaczająca nas rzeczywistość i dynamicznie zachodzące zmiany społeczne.
Ostatnie działania Pani Konserwator Bogdanowskiej to już nie jakaś seria drobnych lapsusów, to taśmociąg decyzji kontrowersyjnych, a nawet błędnych, które cofają Kraków do początków XX wieku. A to chyba lekka przesada.
Rola Konserwatora Zabytków w Krakowie została sprowadzona do hamulcowego rozwoju miasta, a tak być nie może. Nie chodzi o to, żeby wszystko negować. Przez blokowanie decyzji w sprawie dużych inwestycyjnych, takich jak metro lub stanowcze „nie” w przypadku ewentualnej przebudowy wiaduktu remontowanego przez PKP na Grzegórzkach (z tym raczej minister Andrzej Adamczyk powinien sobie poradzić, bo razem z Panią Konserwator reprezentują tą samą opcję polityczną), hamuje się rozwój miasta na dziesięciolecia, tracąc bardzo cenny czas na przygotowanie i realizację kluczowych przedsięwzięć. Czas, którego tak naprawdę już nie ma.
A wstrzymywanie realizowanych projektów może przedłużyć ich zakończenie na miesiąc, a nawet lata. Tak jak linii kolejowej przez Grzegórzki czy remontu Dietla i Krakowskiej. Przedłużanie inwestycji jest szkodliwe, paraliżuje życie i jest dla mieszkańców koszmarem oraz generuje olbrzymie koszty.
Kolejny przykład niezrozumiałej dla zwykłego człowieka decyzji to zablokowanie możliwości budowy kładki rowerowej na Salwatorze. Dlaczego? Bo nie wpisuje się lub zaburza krajobraz Krakowa? To jakiś absurd. Z taki podejściem nie będzie się dało wybudować w rejonie Starego Miasta nic. A brak nowych rozwiązań infrastrukturalnych to powolne konanie starego Krakowa w cieniu rosnących biurowców.
Nie piszę już o liniach tramwajowych koło Wawelu i pasie Alei z Kleparza do pl. Inwalidów. Nie piszę o planowanych trasach Pychowickiej i Zwierzynieckiej, bez których miasto w krótkiej perspektywie samo się sparaliżuje.
Blokując duże przedsięwzięcia pozostawia się otwartą furtkę dla deweloperów, a w miejscu planowanych inwestycji publicznych, powoli z mrówczą skutecznością wciskać się będą bloki i biurowce. A tego pani Konserwator nie zatrzyma. To jest proces powolny, ale jak pokazuje życie – skuteczny.
Ale to nic, bo poziom śmieszności został przekroczony w innym miejscu. Miejscu prozaicznym, przy pomniku prezydenta Krakowa Józefa Dietla, obok magistratu. No cóż, nawet donice z zielenią i ławkami zasłaniają perspektywę.
I tu chwila krakowskiej refleksji. Pomnik jak pomnik – mówi się w Krakowie – jeden z wielu w naszym mieście, choć w swoim przesłaniu wyjątkowy. Ale stojący na nim prezydent Dietl był wyjątkowy i powinien być wzorem dla miejskich decydentów.
Gdyby Józef Dietl lub Juliusz Leo myśleli kategoriami na „nie”, to dziś na plantach trwałby wypas świń, w fosie pływałyby kaczki, a mieszczki krakowskie wylewałyby pomyje przez okna na chodnik ulicy Floriańskiej
Ale chyba nie o to nam chodzi.
Alicja Podgórska
Teksty publikowane w dziale Publicystyka są prywatnymi opiniami autorów. Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami lub wyrazić swoje zdanie na naszym portalu? Napisz: redakcja@krknews.pl



