Majowe referendum w Krakowie doprowadziło do politycznego trzęsienia ziemi i otwarcia bezprecedensowego wyścigu o fotel włodarza miasta. Na przedpolu oficjalnej kampanii giełda nazwisk dosłownie płonie. Swoją chęć startu ogłosiło już ponad 10 kandydatów. Komu zależy na końcowym sukcesie, a dla kogo krakowskie wybory mogą być trampoliną do sejmu w 2027 roku? O tym i wielu innych wątkach dotyczących rozpoczynającej się w Krakowie kampanii wyborczej rozmawiamy z dr hab. Radosławem Marzęckim, profesorem Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie z Instytutu Socjologii, Kognitywistki i Filozofii.
Skala poruszenia w krakowskim samorządzie wykracza daleko poza chęć obsadzenia najważniejszego fotela w magistracie. Dla ogólnopolskich partii politycznych przedterminowe wybory stały się poligonem doświadczalnym przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku. W stolicy Małopolski krzyżują się dziś interesy pragmatyczne, tożsamościowe oraz czysto wizerunkowe. Lewica, dotychczas ramię w ramię wspierająca Łukasza Gibałę, dziś dzieli się i wystawia dwie wyraziste liderki – Aleksandrę Owcę (Razem) oraz Darię Gosek-Popiołek (Nowa Lewica), co zapowiada bratobójczy pojedynek o rząd dusz po lewej stronie.
Na prawicy, Prawo i Sprawiedliwość, reprezentowane przez doświadczonego samorządowca Michała Drewnickiego, aby myśleć o drugiej turze będzie musiało walczyć o głosy wyborców Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej, które już ogłosiły swoich kandydatów w wyścigu prezydenckim. Są to odpowiednio Bartosz Bocheńczak i Michał Klimek.
Z kolei Koalicja Obywatelska, dotknięta wizerunkowym tąpnięciem i decyzjami Donalda Tuska o wprowadzeniu komisarza w regionie, gorączkowo szuka nowej strategii. Czy postawienie na senator Monikę Piątkowską pozwoli jej wyjść „z twarzą” z przedterminowych wyborów? Otwarte pozostaje cały czas pytanie, jaka przyszłość czeka Aleksandra Miszalskiego? Czy zaangażuje się w kampanię KO, a może jego kariera polityczna zmierza ku końcowi. A to wszystko w oczekiwaniu na decyzję o starcie, której jeszcze nie podjął Łukasz Gibała, będący naturalnym, faworytem tego wyścigu.
O skomplikowanej logice krakowskiej kampanii, taktycznym wyczekiwaniu liderów oraz o tym, jaki jest cel wyborczy poszczególnych kandydatów rozmawiamy z dr hab. Radosławem Marzęckim, profesorem Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie z Instytutu Socjologii, Kognitywistki i Filozofii.
Patryk Trzaska: Kampania, która nieformalnie już wystartowała, może przynieść rekordową liczbę kandydatów. Giełda nazwisk dosłownie płonie. Czy to efekt majowego referendum i wizerunkowego tąpnięcia w Koalicji Obywatelskiej? Wszyscy poczuli, że Kraków stał się nagle polityczną ziemią niczyją?
Radosław Marzęcki: Powody tego poruszenia są złożone. Z jednej strony mamy klasyczną sytuację wyborczą, w której na rynku politycznym pojawia się kilku silnych graczy, zdolnych do realnej i wyrównanej rywalizacji. Z drugiej strony działa tu logika, która wyznacza cele w innym miejscu niż miasto. Dla niektórych podmiotów celem w tych wyborach samorządowych wcale nie jest fotel prezydenta miasta, ale odpowiednie spozycjonowanie się przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku. Część motywacji leży też zupełnie poza polityką lub tylko pośrednio związane są one z polityką – chodzi o wzmocnienie własnego statusu celebryckiego lub po prostu o zdobycie ogólnokrajowej rozpoznawalności. W ten sposób niektórzy próbują także na nowo upodmiotowić się jako poważni gracze polityczni. Dobrym przykładem jest były szef NIK-u, Marian Banaś, który po tym jak wypadł z głównego obiegu krajowej polityki szuka teraz alternatywnej ścieżki powrotu. Kalkuluje być może, że zdobycie przyzwoitego, kilkuprocentowego wyniku w Krakowie uczyniłoby z niego atrakcyjnego partnera dla partii na poziomie centralnym. Te różne strategie mocno się ze sobą mieszają. Partie polityczne za pośrednictwem swoich reprezentantów realizują w Krakowie bardzo sprzeczne interesy. Mimo tego chaosu, w samym centrum rywalizacji pozostaje twardy rdzeń – ostatecznie liczyć będą się tylko trzy, cztery nazwiska, z których jedynie dwa znajdą się w drugiej turze wyborów. A tam – w spolaryzowanym Krakowie – szanse na zwycięstwo będą wyrównane.
Patryk Trzaska: Partia Razem ogłosiła Aleksandrę Owcę jako swoją kandydatkę w wyścigu prezydenckim w Krakowie, która dostała się do Rady Miasta z list Łukasza Gibały. Nowa Lewica postawiła na Darię Gosek-Popiołek, którą również dwa lata temu popierała Łukasza Gibałę. Teraz będą przeciwko sobie, a prawdopodobnie również przeciwko Łukaszowi Gibale na tym politycznym, palcu boju. Jaki jest więc ogólny cel? Chodzi o zwycięstwo czy walkę o wpływy po lewej stronie strony politycznej?
Radosław Marzęcki W rywalizacji politycznej zawsze są cele, które są instrumentalne, i one mogą zależeć od układu sił i interesów, które mają poszczególne podmioty. W 2024 roku sytuacja była trochę inna, ponieważ Łukasz Gibała był liderem według wyników badań sondażowych i wydawało się, że on powinien wówczas te wybory wygrać. Ostatecznie tak się nie stało, co było swego rodzaju zaskoczeniem. Gibała miał wtedy naprzeciw siebie kandydata z Koalicji Obywatelskiej, ewentualnie z PiS-u, ponieważ kandydaci, którzy byli w jakiś sposób związani z prezydentem Majchrowskim, raczej się tutaj nie liczyli. Wobec tego interesy lewicy, zarówno tej nowej, jak i tej starej były trochę inaczej wyprofilowane niż w tym momencie. Wówczas popieranie Łukasza Gibały się w jakiś sposób opłacało. Można to nazwać próbą wywarcia efektu łączenia się z potencjalnym zwycięzcą. Ostatecznie to się nie udało, ich drogi się rozeszły. Tak było chociażby w przypadku Aleksandry Owcy. Jeśli chodzi o Darię Gosek-Popiołek, to może to było takie poparcie nieformalne, aczkolwiek występowała nawet w wydarzeniach organizowanych wówczas przez Gibałę. Ostatecznie musi ona jednak okazać się lojalną członkinią własnej partii politycznej i na dłuższą metę takie działanie na własną rękę nie może być kontynuowane. Tym bardziej, że partia polityczna postanowiła tutaj postawić na nią jako na kandydatkę, która będzie liderką tego lewicowego środowiska w Krakowie. Ona już ma sukcesy na tym polu. Zdobyła mandat poselski z drugiego miejsca, w zasadzie przez ostatnie trzy lata wyrosła na liderkę Nowej Lewicy w Krakowie i wydaje się, że jeżeli partia ma tutaj pójść oddzielnie do wyborów (czyli już nie w jakimś sojuszu z Koalicją Obywatelską popierającym wspólnego kandydata), no to nie ma innej osoby niż właśnie taka mniej lub bardziej formalna liderka, która tę formację próbuje ciągnąć. Z drugiej strony zapytał pan o Partię Razem. Aleksandra Owca pojawiła się tak naprawdę w świadomości krakowian – paradoksalnie – dzięki inicjatywie Łukasza Gibały. Później też z różnych względów ich drogi się rozeszły. I tu nakłada się logika, o której wcześniej wspominaliśmy, czyli ta bardziej krajowa. Ta rywalizacja w pewnym sensie może mieć znaczenie symboliczne na arenie krajowej wobec osłabienia kandydata Koalicji Obywatelskiej. Myślę, że trochę też z racji tego, że niektóre środowiska będą teraz próbowały samodzielnie działać, Łukasz Gibała ma nieco trudniejszą pozycję niż w 2024 roku. Rywalizacja na lewicy nie jest rywalizacją o zwycięstwo w samych wyborach, tylko znowu chyba taką tożsamościową rywalizacją o pewne pierwszeństwo z tej strony sceny politycznej. Można to też oczywiście przekuć w jakiś sukces na arenie krajowej. W ostatnich dniach wychodziły też różnego rodzaju informacje pokazujące, że istnieje spór ambicjonalny pomiędzy obiema liderkami, który gdzieś tam jest ulokowany w przeszłości. Takie sprawy mogą mieć znaczenie w bezpośredniej konfrontacji w trakcie kampanii wyborczej.
Patryk Trzaska: Czy uważa Pan, że Aleksandra Owca, Daria Gosek-Popiołek i Łukasz Gibała w tych wyborach będą walczyli o tego samego wyborcę?
Radosław Marzęcki: Ciężko jednoznacznie powiedzieć, ponieważ nie mamy takich badań. Natomiast z wyników badań exit poll, które częściowo były publikowane czy komentowane w przestrzeni publicznej i medialnej, wiemy, że bardzo dużą grupą wyborców biorących udział w referendum stanowili wyborcy Partii Razem. W związku z tym wydaje się, że to są elektoraty, które w pewnym sensie wyrastają z tego samego „korzenia” i teraz mogą mieć dylemat, kogo ostatecznie poprzeć w wyborach. Elektorat Łukasza Gibały – przegrany ostatecznie w drugiej turze, ale niewielką liczbą głosów – to wyborcy różnych partii politycznych, w tym także Partii Razem. W 2024 roku Partia Razem nie pojawiała się jako wyraźny konkurent dla Gibały, a osoby kojarzone z tym ugrupowaniem występowały u jego boku. Więc w tym momencie ci wyborcy muszą się gdzieś odnaleźć. Pytanie, czy będą konstruowali swoje preferencje wyborcze w sposób bardziej partyjny, czy bardziej pragmatyczny i będą kalkulowali, żeby nie zmarnować głosu na kandydatów czy kandydatki, które niekoniecznie będą się liczyć. Dopiero kiedy popatrzymy na pierwsze sondaże (takie, które już obejmą pełną stawkę oficjalnie zgłoszonych kandydatów) będziemy mogli odpowiedzieć na pytanie czy ci wyborcy na przykład nie będą przenosić swoich głosów na kandydata, który będzie bardziej rokował w kontekście potencjalnego zwycięstwa? Tego nie wiemy teraz, tym bardziej, że tych pierwszych badań też nie znamy. Może się okazać właśnie, że uszczuplenie tego elektoratu może spowodować słabszy wynik sondażowy Łukasza Gibały, który będzie musiał tutaj adresować swój przekaz także do tych wyborców, o których konkurują inni kandydujący. Oni, z racji tego, że otworzy się pewna opcja, której wcześniej nie mieli, być może zagłosują zgodnie ze swoją pierwotną, partyjną, preferencją – czyli na przykład wyborcy Partii Razem zagłosują na liderkę Partii Razem w Krakowie, a wyborcy Nowej Lewicy zagłosują na Nową Lewicę w Krakowie. To jest pewnego rodzaju zagrożenie dla pozycji Łukasza Gibały. Poparcie zawsze można porównać do naczynia wypełnionego wodą.. Jeżeli „przelejemy” wyborców z jednego miejsca do drugiego, to w tym pierwszym miejscu musi to poparcie się zmniejszyć. Sondażowy poziom poparcia ma zawsze pokrycie w konkretnych liczbach wyborców, nie jest wirtualne. Zgodzę się z taką tezą, że to jest ten typ elektoratu, który ma elementy wspólne, mimo że Łukasz Gibała w ostatnich miesiącach i tygodniach, w zasadzie od kampanii wyborczej w 2024 roku, był łączony ze środowiskami prawicowymi. To, co było taktycznym sojuszem i instrumentalnym działaniem z jego strony po to, żeby pozyskać wyborców na drugą turę, a także jego rola w komitecie referendalnym, nie powinna przysłaniać faktycznie jego światopoglądu czy agendy tematów i wartości, do których się odwołuje w swoich wypowiedziach.
Patryk Trzaska: W temacie Łukasza Gibały. Wydawało się, że to postać najbardziej zaangażowana w samą akcję referendalną. Giełda nazwisk ruszyła, natomiast Łukasz Gibała cały czas mówi, że jeszcze nie podjął decyzji o starcie. Stąd pytanie: dlaczego tak odwlekane jest, pana zdaniem, ta oficjalna decyzja oraz czy Pana zdaniem możliwy jest sojusz z Janem Hoffmanem?
Radosław Marzęcki: Z perspektywy Łukasza Gibały kluczowy jest fakt, że sukcesem zakończyło się jedynie referendum w sprawie odwołania prezydenta Miszalskiego, a Rady Miasta już nie. Ktokolwiek wygra wybory (o ile będzie to osoba spoza koalicji rządzącej w Radzie Miasta), stanie przed niezwykle trudnym zadaniem. To będzie wymagająca prezydentura. W polskiej kulturze politycznej – i Kraków nie jest tu wyjątkiem – brakuje tradycji dialogu i kompromisu; dominuje raczej podejście konfrontacyjne. Dotyczy to zwłaszcza miejsc, gdzie mocno zakorzenił się duopol partyjny znany z polityki krajowej. Kraków stał się właśnie taką areną, na którą przeniosły się logika i spory, które znamy z Sejmu. Choć Łukasz Gibała stara się wyłamać z tego schematu, samo referendum było przedstawiane jako inicjatywa prawicy dążącej do odwołania prezydenta z Koalicji Obywatelskiej. W efekcie Gibała musi odnaleźć się w układzie sił, który nie do końca odzwierciedla jego własne poglądy i wizję miasta. Być może stąd wynika jego zwlekanie z decyzją – kalkuluje, czy zwycięstwo w obecnych realiach nie okaże się pyrrusowym sukcesem. Być może myśli o wygranej dopiero w 2029 roku i stabilnej kontynuacji władzy przez dwie kadencje, na co pozwala dzisiaj prawo. Tego nie wiemy, to moja pierwsza intuicja. Druga intuicja ma charakter czysto pragmatyczny. Gibała, czując się faworytem, czeka, aż konkurenci wyłożą karty na stół. Ogłaszając start jako ostatni, skupi na sobie uwagę opinii publicznej i wykorzysta efekt świeżości. Chce przeczekać medialny szum towarzyszący decyzjom partii (PiS-u, Nowej Lewicy czy wyczekiwanego kandydata KO). Gdy emocje opadną, wejdzie ze swoją propozycją, która dzięki temu mocniej zapadnie w pamięć wyborców. Trzeci scenariusz dotyczy kwestii, o której Pan wspomniał: w kuluarach mogą wciąż trwać trudne negocjacje. Środowisko, które doprowadziło do referendum, jest niezwykle zróżnicowane i trudno pogodzić tam tak wiele skrajnych wizji Krakowa. Z tego kręgu wyłoniło się już przecież kilku kandydatów – mamy przedstawiciela Konfederacji, kandydata powiązanego z Grzegorzem Braunem oraz reprezentanta Prawa i Sprawiedliwości. Dzisiaj swój start ogłosił jednak Jan Hoffman, co teoretycznie tworzy pewne dodatkowe ryzyka dla Gibały w pierwszej turze. Ale otwiera możliwości w ewentualnej drugiej. Nie przeceniałbym jednak samodzielnych szans lidera ruchu referendalnego – poza dzielnicą, w której przewodniczącym rady, Hoffman nie jest postacią powszechnie rozpoznawalną w skali całego miasta. Rola lidera ruchu referendalnego to za mało, by samodzielnie zbudować potężny kapitał polityczny. Ma jednak pewną wiarygodność, która może procentować, jeśli będzie nią odpowiednio zarządzał. Tutaj wracamy do kluczowego wątku: jeśli naturalne, organiczne poparcie, jakim Gibała cieszył się w 2024 roku, rozproszy się pomiędzy nowo zgłoszonych kandydatów, lider może mieć poważny problem. Stąd moja trzecia intuicja – Gibała prawdopodobnie próbuje zbudować spójny front wokół idei referendalnej, starając się jednocześnie odciąć od prawicowego i partyjnego skrzydła (czyli PiS-u i Konfederacji). Chce stworzyć szersze środowisko, wykraczające poza grono jego dotychczasowych, bliskich współpracowników. Fakt, że w zasadzie wszystkie środowiska zaangażowane w kampanię referendalną zadeklarowały już swoich kandydatów, z pewnością nie ułatwia mu tego zadania. On sam zapowiadał, że ogłosi decyzję dopiero po szerokich konsultacjach. Nie traktowałbym więc tego czekania jako wyrazu słabości czy niezdecydowania. Z pragmatycznego punktu widzenia, wchodzenie do gry w momencie, gdy ogólnopolskie media żyją wyłącznie giełdą nazwisk w Koalicji Obywatelskiej, byłoby błędem taktycznym dla kandydata, który uważa się za faworyta.
Patryk Trzaska: Co jest najlepsze dla Koalicji Obywatelskiej? W grze były właściwie dwie strategie: pierwsza to postawienie na duże, medialne nazwisko z drugiej strony głośno mówi się o wskazaniu kandydata apolitycznego, bezpartyjnego, który nie wejdzie w kampanię z wizerunkowym bagażem po Aleksandrze Miszalskim. Które podejście ma Pana zdaniem większe szanse na sukces?
Radosław Marzęcki: Za sprawą Donalda Tuska partia podjęła już radykalne kroki, które mają symbolizować nowy początek. Wprowadzenie komisarza i zawieszenie struktur regionalnych(którym sporo zarzucano w trakcie kampanii referendalnej) to czyszczenie przedpola pod budowę czegoś nowego. Problem w tym, że ten proces przypadnie na okres wakacyjny, kiedy uwaga mieszkańców jest odwrócona od polityki. Aby przebić się do świadomości społecznej, KO potrzebuje spektakularnych ruchów. Jeszcze niedawno uważałem, że kandydatem Koalicji Obywatelskiej będzie blisko związana z partią osoba, której centrum aktywności niekoniecznie mieści się w Krakowie. W ostatnich dniach sondowano jednak kandydatury mniej oczywiste, słabiej kojarzone dotąd z polityką. To, czy KO ostatecznie zdecyduje się na taki krok, zależy od dostępności odpowiednich ludzi. Sam fakt, że partia ma problem ze znalezieniem wyrazistego kandydata poza wąskim kręgiem swoich parlamentarzystów czy struktur lokalnych, mówi wiele o kondycji formacji i jej słabym zakorzenieniu społecznym. To zresztą nie tylko problem KO, choć inne partie mają na tyle wyrazistych i nieobciążonych liderów, że mogą wskazać kandydata bez obaw o natychmiastową, frontalną krytykę. Dla Koalicji Obywatelskiej, która właśnie straciła prezydenta w wyniku referendum, najbardziej funkcjonalnym rozwiązaniem byłoby postawienie na kogoś, kto podziela wartości partii, ale formalnie nie należy do jej struktur. Dlaczego? Warto cofnąć się do 2024 roku i przypomnieć sobie nastroje krakowian. Czego mieszkańcy oczekiwali po ponad dwóch dekadach rządów profesora Jacka Majchrowskiego? Prezydent Majchrowski nie startował w tamtych wyborach, więc nie był to moment „wymierzania kary” urzędującemu włodarzowi za styl sprawowania władzy. Był to naturalny moment na odświeżenie i wpuszczenie nowej energii do miejskiej polityki. Na tej fali płynęli zarówno Łukasz Gibała, jak i Aleksander Miszalski. Miszalski miał silne zaplecze partyjne, ale w 2024 roku nie było ono tak mocno eksponowane. Działał jeszcze wtedy powyborczy entuzjazm z jesieni 2023 roku i silna niechęć dużej części Krakowa do PiS-u. Przeniesienie wielkiej polityki na grunt lokalny okazało się wówczas skuteczną strategią. Ponieważ kandydat PiS-u nie wszedł do drugiej tury, Łukasz Gibała – zaskoczony tym, że nie wygrał pierwszej tury – musiał szukać poparcia głównie po prawej stronie sceny politycznej, obok swojego stałego, osobistego elektoratu. Przeformatowanie tamtej kampanii na spór znany z polityki krajowej ułatwiło zadanie Aleksandrowi Miszalskiemu, choć i tak wygrał on drugą turę minimalną przewagą głosów. Dziś, z perspektywy dwóch lat i referendum, widać wyraźne rozczarowanie nową prezydenturą – także wśród tych, którzy głosowali na KO w 2023 i na Miszalskiego w 2024 roku. Jeśli KO chce podejść do nadchodzących wyborów racjonalnie, musi wrócić do atmosfery z 2024 roku i wyciągnąć z niej wnioski. Stąd właśnie próby znalezienia kandydata bezpartyjnego, choć fakt, że nie wyłania się on naturalnie, jest niezwykle wymowny.
Patryk Trzaska: Czy kariera polityczna Aleksandra Miszalskiego jest już definitywnie przekreślona? Pojawiają się głosy jego partyjnych kolegów, którzy sugerują, że dla dobra kampanii nie powinien się w nią w ogóle angażować. Czy to przegrane referendum zamknęło mu drogę do powrotu do parlamentu lub dalszej kariery?
Radosław Marzęcki: Nie zamykałbym mu drogi do powrotu w przyszłości. Pamięć wyborców bywa krótka i niezwykle wybiórcza – trudno przewidzieć, co wydarzy się za dwa czy trzy lata. Przestrzegałbym też przed uleganiem narracji, że Miszalski sromotnie przegrał to referendum. Z punktu widzenia wyniku – tak, stracił stanowisko, a strategia bojkotu i namawiania do pozostania w domach okazała się błędem. Jednak ze względu na niską frekwencję nie znamy realnego, pełnego poparcia dla prezydenta. Gdyby w referendum wzięło udział więcej osób i wynik rozłożyłby się np. 48% do 52%, nikt nie mówiłby o druzgocącej klęsce, pamiętając, że w 2024 roku Miszalski wygrał z Gibałą zaledwie pięcioma tysiącami głosów. Jego pozycja w Krakowie od początku była krucha i ryzykowna. Istniało duże prawdopodobieństwo, że przy zorganizowanym referendum, wobec relatywnie niskiej frekwencji z drugiej tury w 2024 roku, która wyznaczała teraz próg ważności – prezydent straci urząd – i tak się stało. Nie wiemy jednak, jakim kapitałem politycznym Miszalski dysponuje w kontekście wyborów parlamentarnych i czy wciąż potrafi przyciągnąć wyborców do listy KO. Wizerunkowo i marketingowo Miszalski jest dziś oczywiście obciążeniem – stał się twarzą przegranej. W kampanii referendalnej padło pod jego adresem wiele ciężkich zarzutów, z czego część próbował prostować, a część ignorował. Równie silnie uderzyły w niego kwestie polityki kadrowej, co skutki decyzji o wprowadzeniu Strefy Czystego Transportu. Zapowiadane przez niego korekty decyzji były spóźnione lub odkładane na „po referendum”, przez co straciły wiarygodność w oczach mieszkańców. Opozycja sprawnie to wykorzystała, punktując pozorność tych działań. Nie uważałbym jednak jego kariery za skończoną. Polska polityka zna przypadki spektakularnych powrotów po latach. Koalicja Obywatelska w Krakowie wciąż ma silne twarde poparcie, choć nie wiemy jeszcze, jak mocno zmieniło się ono po ostatnich wydarzeniach.
Patryk Trzaska: Wróćmy do Łukasza Gibały. Przed wyborami w 2024 roku sondaże i pewna siebie retoryka jego obozu sugerowały, że zwycięstwo ma w kieszeni. Dziś, mimo braku pełnej listy kontrkandydatów, znów dominuje przekonanie, że wynik jest przesądzony i gra toczy się wyłącznie o to, z kim Gibała zmierzy się w drugiej turze. Skoro jednak scena polityczna jest tak rozdrobniona, a w pierwszej turze – jak to się mówi – „głosuje się sercem”, to czy istnieje ryzyko, że Łukasz Gibała w ogóle nie wejdzie do dogrywki? Czy jego pozycja jest na tyle silna, że bez spektakularnej wpadki wizerunkowej może być spokojny?
Radosław Marzęcki: Jestem przeciwnikiem wróżenia z fusów, ponieważ w takich ocenach zbyt często opieramy się na nieaktualnych danych. Sondaże publikowane w ostatnich dniach przez ogólnopolskie media są niewiele warte – uwzględniają nazwiska osób, które na pewno nie wystartują. To wystarczający powód, by odłożyć je na bok. Łukasz Gibała posiada żelazny, lojalny i organiczny elektorat w Krakowie, ale on również może ulec rozproszeniu. Pojawiło się wiele nowych środowisk z wyraźnymi osobowościami, zwłaszcza po lewej stronie. Wiemy, że zamierzają one startować samodzielnie w pierwszej turze, co nieuchronnie uszczupli bazę poparcia liderów. Z poważniejszymi ocenami wstrzymałbym się do momentu opublikowania pierwszych rzetelnych badań. Gdybym miał polegać wyłącznie na intuicji, to uważam, że mocną pozycję wyjściową będzie miał kandydat wskazany przez Koalicję Obywatelską, prawdopodobnie poparty również przez PSL. Relatywnie silny będzie także reprezentant Prawa i Sprawiedliwości – głównie dzięki własnemu doświadczeniu samorządowemu, bo partyjny szyld może zarówno pomagać, jak i szkodzić. O ile żelaznemu elektoratowi PiS-u ta marka nie przeszkadza, o tyle wyborcy bardziej umiarkowani mogą mieć z nią problem. Istotny okaże się styl prowadzenia kampanii wyborczej. Może to być kluczowe, jeśli kampania pójdzie w stronę narracji o „odbijaniu miasta partiom politycznym” – co zresztą byłoby kontynuacją trendów z referendum. Taki obrót spraw uderzyłby w kandydatów obu głównych obozów. Prawda jest jednak taka, że powiązań z partią tego kalibru nie da się nagle wymazać, schować na czas kampanii i wmówić ludziom, że dany kandydat to czysta emanacja niezależności i obywatelskości. Jeśli partia kogoś wystawia, zawsze stoją za tym konkretne oczekiwania. Nie zaryzykuję zakładu, że wejście Łukasza Gibały do drugiej tury jest pewne. W polityce wszystko jest możliwe. Przed nami intensywna kampania, która tradycyjnie weryfikuje liderów w bezpośrednim starciu z mediami, konkurentami i wyborcami. Taki sprawdzian może kogoś wzmocnić, ale może też brutalnie obnażyć jego słabości. Gibała bez wątpienia ma kapitał wyborczy, na który długo pracował i to wzmacnia jego wizerunek kandydata, który budzi pewien respekt.
Patryk Trzaska: Zapytam jeszcze o sytuację na prawicy. Prawo i Sprawiedliwość postawiło na Michała Drewnickiego – postać może mniej znaną w kraju, ale z silną pozycją w Krakowie, zwłaszcza w Nowej Hucie. Z kolei Konfederacja oraz Konfederacja Korony Polskiej wystawiły nazwiska zupełnie niemedialne, O co toczy się ta gra na prawicy? Czy to realna walka o prezydenturę, czy jedynie próba wypromowania nowych twarzy przed wyborami parlamentarnymi?
Radosław Marzęcki: Prawa strona sceny politycznej nie jest na tyle silna, by samodzielnie wygrać wybory prezydenckie, ale też nie na tyle słaba, by zupełnie zniknąć z radaru. Prawo i Sprawiedliwość regularnie wprowadza przecież silną reprezentację do Rady Miasta. I choć ogólnokrajowe trendy dają spore nadzieje obu frakcjom Konfederacji, to na gruncie krakowskim formacje te okazały się zbyt słabe, by wystawić lidera o ugruntowanej pozycji, dorobku czy autorytecie, który zyskuje poparcie poza granicami tych środowisk politycznych. Z tej układanki, po wizerunkowych potknięciach ostatnich miesięcy, wypadł chociażby Konrad Berkowicz. Pojawienie się Bartosza Bocheńczaka to ruch niszowy – w polityce miejskiej to postać niemal całkowicie anonimowa. Ta kampania ma zapewne pomóc w budowaniu struktur Konfederacji w mieście, choć ich głównym zadaniem będzie tak naprawdę podgryzanie pozycji Prawa i Sprawiedliwości. W starciu z Michałem Drewnickim będzie to jednak wyjątkowo trudne zadanie. Gdyby PiS postawił na kogoś z zewnątrz, kojarzonego wyłącznie z warszawską centralą, kandydat Konfederacji miałby ułatwione zadanie w punktowaniu go na tematach czysto miejskich. Michał Drewnicki to jednak sprawny samorządowiec z dwunastoletnim stażem w Radzie Miasta, a wcześniej w radzie dzielnicy. Będzie niezwykle trudnym i niewygodnym konkurentem, dodatkowo nieobciążonym kosztami sprawowania władzy ani w mieście, ani w kraju – a trudno krytykować kogoś, kto nie rządził. Rywalizacja na prawicy, podobnie jak na lewicy, będzie miała charakter czysto ambicjonalno-tożsamościowy. Lokalne wyniki zweryfikują przy okazji krajowe trendy i wysokie poparcie dla formacji Mentzena i Bosaka czy Grzegorza Brauna. Ze względu na słabsze zakorzenienie tych środowisk w świadomości krakowian, czeka je trudna przeprawa. W wyborach liczą się ci, którzy mają naturalnie liczny elektorat lub ci, którzy potrafią przekonywać wyborców umiarkowanych. Tutaj może być z tym większy problem, choć dzisiaj wszyscy kandydaci chcą rozmawiać i słuchać mieszkańców. I właśnie dlatego ten argument traci swoją skuteczność. Kampanie samorządowe rządzą się jednak własnymi prawami – przy wysokiej intensywności działań można zbudować zauważalne poparcie. Może nie na tyle duże, by wejść do drugiej tury, ale wystarczające, by zyskać wiarygodność i zdobywać małe punkty w debatach. W tych drugorzędnych pojedynkach – na lewicy i na prawicy – kluczowe będzie po prostu to, kto dojedzie do mety przed swoim bezpośrednim konkurentem.
Patryk Trzaska: Załóżmy scenariusz, w którym wszyscy, którzy zapowiedzieli start, faktycznie zarejestrują komitety. Czy kandydatury o charakterze stricte celebryckim lub happeningowym, jak choćby Marianna Schreiber, mogą namieszać w tej kampanii? Czy to jedynie próba zaistnienia w mediach bez szans na realny wynik?
Radosław Marzęcki: Zdecydowanie bardziej prawdopodobny jest ten drugi scenariusz. Ciężar gatunkowy argumentów użytych w kampanii referendalnej oraz poczucie głębokiego zawodu wśród wyborców, którzy świadomie zbojkotowali referendum (czyli zwolenników prezydenta Miszalskiego i Koalicji Obywatelskiej), sprawią, że krakowianie podejdą do tych wyborów bardzo poważnie. Dla obozu, który przegrał referendum, będzie to jedyna szansa na odwrócenie układu sił i podniesienie się z desek po politycznym nokaucie. Wygrana w tych wyborach mogłaby całkowicie zmienić interpretację majowych wydarzeń, dlatego stawka jest gigantyczna. Wysoko oceniają ją także inni gracze. Cel w postaci wejścia do drugiej tury czy uzyskania dobrego wyniku w pierwszej wydaje się dziś znacznie łatwiejszy do osiągnięcia niż w 2024 roku, właśnie ze względu na rozproszenie głosów pomiędzy kilku poważnych pretendentów. Ale to także ryzyko, jeśli okaże się, że kandydat czy kandydatka nie potrafi znaleźć wspólnego języka z wyborcami i przekonać do swojej oferty. W tak spolaryzowanej atmosferze nie ma miejsca na inicjatywy z gruntu happeningowe, zwłaszcza gdy gra toczy się o fotel prezydenta drugiego największego miasta w Polsce. Mało kto będzie chciał marnować głos na popieranie osób, które realizują tam własne, pozawyborcze cele. Z tego powodu ucierpią prawdopodobnie także tacy kandydaci jak Marian Banaś, który może być postrzegany przez wyborców jako kandydatura „egzotyczna”. Uwaga krakowian prawdopodobnie skupi się na realnych alternatywach, a nie na poszukiwaniu politycznej ekstrawagancji, choć na tym etapie nie wolno nikomu odbierać prawa do startu w wyborach. Każdy kandydat musi spełnić wymogi formalne, zebrać odpowiednią liczbę podpisów i może poddać się ocenie wyborców.
Patryk Trzaska: Dziękuję za rozmowę



