Dzień dobry, zaczynamy z cotygodniowym wtorkowym* cyklem, na początek to ja może opowiem, co tu się będzie działo. Otóż będę tutaj pisał o różnych przedmiotach, zawiłościach naszego życia, zazwyczaj to będzie o Krakowie, o samym jego serduchu, czasem o opłotkach, bliskich i dalekich. Raz barwnie, innym razem – pewnie szaroburo. Raz górnolotnie (oby choć czasem!), innym razem będę żerował na najniższych instynktach. Raz pisane z baru, raz – z kuchni, wśród krzyczących, głodnych dzieci. Niejeden zaapeluje zapewne – „Nie pisz już więcej, stary, weźże przestań, proszę”. Ale ktoś inny (choćby jeden!) powie – „pisz, jak najczęściej”. Ja się oczywiście tym przejmował nie będę i pójdę w zaparte. A zaczynamy, właśnie dziś, a wyjątkowo(?) będzie nieco o sporcie.
Ale najpierw o postępie. Otóż postęp wymaga ofiar, a sprzężenie zwrotne w pewnych dziedzinach następuje wręcz błyskawicznie, spójrzmy na problemy pingwinów. Pierwszy pingwin, który wskoczy z kry do wody, zostaje natychmiast zjedzony przez orkę (jest to dowiedzione naukowo). Dopiero kolejne, drugi, trzeci, czwarty, mogą (dzięki tamtemu nieszczęśnikowi!) rzucić się spokojnie w fale. Czy ten pierwszy, najodważniejszy, wiedział, co go czeka? Czy postanowił się poświęcić, rzucić swój los, swe obślizłe ciało wyłożyć na tacy postępu? Czy nie, czy wręcz przeciwnie – wskoczył pierwszy nie dlatego, że był najodważniejszy, ale był najbardziej niecierpliwy lub po prostu – najgłupszy.
Dziś takim pingwinem jest klub piłkarski Legia Warszawa, to ona okazała się pingwinem numer 1. Wskoczyła w fale, a tam czekała już na nią orka, dziś ugryzie ją po raz kolejny, tym razem w koszulce Realu Madryt.
Warszawski klub znalazł się w trudnej sytuacji. Jeszcze niedawno pół Polski kibicowało im, by wreszcie zdołali awansować do fazy grupowej Ligi Mistrzów. A dziś, gdy już się udało, pół Polski (nie wiem, czy dokładnie to samo pół) pęka ze śmiechu, a co dwa tygodnie siada z pop-cornem przed telewizorem, by zobaczyć kolejny pogrom. „Ciekawe, ile dziś dostaną” – zastanawiają się i licytują z kolegami na liczbę bramek.
A czemu ja tu o tym piszę – ktoś zapyta, co mnie Legia obchodzi, słusznie, racja. Otóż piszę, bo jest w tym sporo naszej, krakowskiej, winy.
Po pierwsze to my, do spółki z lwowiakami, nauczyliśmy ich kopać piłkę. Sformowana w 1915 roku drużyna legionów składała się w dużej części z piłkarzy Cracovii i Wisły i to oni byli wiodącymi postaciami. Stanisław Kowalski, Stanisław Wykręt, Antoni Poznański i inni mistrzowie futbolu, co jego tajniki poznawali biegając za szmacianką po Błoniach.
A po drugie, to Wisła miała zostać tym pingwinem, co pierwszy skoczy w fale. Już tyle razy stał ten pingwin nad brzegiem i tupotał nerwowo nóżkami. I już, już prawie, ale jednak nie, nie skoczył, czy to ze strachu, czy z obawy, tego nie wiemy, w każdym razie – został na brzegu. Dziś stoi wciąż na krze, trochę już podstarzały, wygłodniały, i przygląda się jak orka pożera tego, co właśnie wpadł.
Pytanie, czy ten wstyd, co go Legia zje, rozrusza machinę postępu.
* Czarny Wtorek (29 października 1929 roku) do dziś uznawany jest za najgorszy dzień w historii nowojorskiej giełdy.
Mateusz Miga
fot. D-Stanley via Foter.com



