Krótka kampania, ponad 20 pretendentów i aż 25 procent niezdecydowanych wyborców, którzy mogą wywrócić sondaże do góry nogami. W Krakowie rusza wyścig o fotel prezydenta miasta, w którym tradycyjne podziały partyjne tracą na znaczeniu. Skąd wynika chęć zarządzania miastem, które niedawno straciło swojego włodarza? Czy mniejsi kandydaci mają szansę przebić się w świadomości wyborców, a może liczyć się będą jedynie duże ogólnopolskie nazwiska? W KRK NEWS postanowiliśmy porozmawiać o kulisach przyspieszonej kampanii, specyfice lokalnego elektoratu oraz realnych szansach poszczególnych sztabów.
Wysyp chętnych do walki o fotel prezydenta Krakowa, rosnące problemy ze zebraniem 3 tysięcy podpisów oraz blisko jedna czwarta wyborców, która wciąż nie podjęła ostatecznej decyzji. To wszystko bilans pierwszych tygodni specyficznej, przyspieszonej kampanii w Krakowie. Czy ten wyścig zależy od gospodarczych i społecznych pomysłów na miasto, czy jedynie od wsparcia partyjnych liderów z Warszawy? O mechanizmach nadchodzącego głosowania, szansach mniejszych kandydatów oraz realnym wpływie wewnątrzpartyjnych pojedynków rozmawiamy z politologiem, dr. hab. Radosławem Marzęckim, prof. Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie z Instytutu Socjologii, Kognitywistki i Filozofii.
Patryk Trzaska KRK NEWS: Skąd przy tak krótkiej kampanii wyborczej bierze się tak duża liczba chętnych do startu? Czy ona obniża próg wejścia, czy wręcz przeciwnie, premiuje tych, którzy po prostu chcą zaistnieć w mediach?
Dr hab. Radosław Marzęcki, prof. UKEN: Te wybory są specyficzne w porównaniu z tradycyjnymi wyborami samorządowymi, ponieważ mamy do czynienia tylko z wyborem prezydenta, a już nie Rady Miasta. W związku z tym łatwiej jest spełnić wszystkie wymogi pozwalające na start. 3000 podpisów, to dla jednych niewiele, a dla innych dużo, jednak osoby z rozpoznawalnością w mieście lub ze wsparciem aparatu partyjnego mają znacznie łatwiej.
Jak Pan powiedział, mamy kategorię osób chętnych do startu i kategorię realnych kandydatów. Po 3 września okaże się, ile osób faktycznie zebrało podpisy. Szum medialny od samego początku jest dosyć intensywny. Kiedy kolejne osoby ogłaszają chęć udziału w wyborach prezydenckich, są często one przedstawiane w zasadzie już jako kandydaci czy kandydatki. Czy formalnie uda im się to dosyć łatwe kryterium spełnić, okaże się za kilka dni.
To jest jeden powód. Inny, to przede wszystkim cały kontekst tych wyborów. Już samo referendum rezonowało na cały kraj poprzez zainteresowanie mediów i podobnie będzie z tymi wyborami. Kraków jest dużym, ważnym miastem, gdzie rozstrzygają się pewne pojedynki zarówno na lewicy, jak i na prawicy. To na pewno będzie budziło zainteresowanie mediów, a w konsekwencji również opinii publicznej. Jest to więc okazja do tego, żeby szerzej się pokazać i zaistnieć, niekoniecznie tylko w kontekście politycznym, ale także społecznym, medialnym czy wręcz celebryckim. To są moim zdaniem najważniejsze powody wysypu kandydatów.
3000 podpisów to teoretycznie łatwy do osiągnięcia próg, jednak jak widać kandydaci mają coraz większe problemy ze złożeniem odpowiedniej ilości. Jak to interpretować?
Problemy wynikają albo ze słabego kapitału politycznego czy symbolicznego, tj. słabej rozpoznawalności lub postrzegania danej kandydatury przez mieszkańców jako mniej poważnej, albo niedostatecznej kontroli formalnych elementów procedury zbierania podpisów. Przykładem tej drugiej sytuacji jest zakwestionowanie podpisów zbieranych pod kandydaturą Łukasza Gibały, co może tym bardziej dziwić, że on i jego zespół ma chyba największe doświadczenie w tego rodzaju akcjach spośród wszystkich kandydatów. Myślę jednak, że do 3 września uformuje już się stawka kandydatów i nie będzie tu żadnych niespodzianek.
Widzimy pojawiające się od jakiegoś czasu sondaże. Często w nich uwzględnianych jest maksymalnie 8 nazwisk, a tak naprawdę liczą się 3-4. Czy w takim razie, patrząc na to, że ponad 20 komitetów ruszyło zbierać podpisy, mniejsi kandydaci mają jakąkolwiek szansę zaistnieć w pamięci wyborców i liczyć się w tym wyścigu?
Uwaga opinii publicznej skupia się na tematach politycznych bezpośrednio przed samymi wyborami. Pokazywanie się w przestrzeni miasta nie wymaga dużych środków finansowych czy organizacyjnych. Do tego dochodzi aktywność w mediach społecznościowych, którą można prowadzić w zasadzie bezkosztowo. Druga sprawa to istota demokracji. Chodzi o to, by nie ograniczać wyboru i promować pluralizm. W badaniach sondażowych pojawia się wiele rozmaitych nazwisk, ale przyglądając się ich wynikom, można zauważyć, że faktycznie są kandydaci, którzy mogą zawalczyć o dobry wynik. Niekoniecznie o zwycięstwo, bo sukces polityczny jest relatywny. Dla jednych będzie to pokonanie konkurenta z danego obozu (np. na prawicy/lewicy), dla innych uzyskanie dwucyfrowego wyniku. Te sukcesy będą dla każdego rozumiane trochę inaczej.
Nie powinniśmy jednak z góry przesądzać, że liczy się tylko 3 czy 4 kandydatów, to rozstrzygną wyborcy. W ostatnim badaniu sondażowym 25% osób nie miało wyrobionej opinii i było to tyle samo, ile miał lider sondażu. Zresztą do dotychczasowych badań, prowadzonych jeszcze w miesiącach wakacyjnych, trzeba podejść z większym dystansem. Ostatnie badanie Opinii 24 opierało się na danych zbieranych przez ponad dwa tygodnie w okresie wakacyjnym. Były to sondaże telefoniczne na próbie 800 osób, więc zachowałbym powściągliwość. Badania z września powiedzą nam więcej. Później prawdopodobnie będzie druga tura i to, czego się wówczas dowiemy, może nas jeszcze zaskoczyć.
Pana zdaniem w tej krótkiej kampanii bardziej będzie liczyła się motywacja i zaangażowanie twardego elektoratu, który posiada każdy z kandydatów, czy walka o niezdecydowanych?
Jedno i drugie będzie ważne. Sondaże pokazują, że podziały polityczne idą tu w poprzek klasycznych podziałów znanych z polityki krajowej. Dla przykładu, duża część wyborców Konfederacji preferuje Łukasza Gibałę, więc ostateczne wyniki mogą być zaskakujące. Trzeba też zdefiniować, kto jest tym twardym elektoratem. Na poziomie lokalnym polityka jest prowadzona inaczej i inaczej kreują się preferencje. Szyldy partyjne nie mają aż takiego znaczenia.
Gdy popatrzymy na wyniki kandydatów dużych partii w porównaniu z wynikami tych ugrupowań w sondażach krajowych, widoczne są różnice. Kandydaci wspierani przez Koalicję Obywatelską czy Konfederację mają słabsze wyniki lokalne, natomiast kandydatka Lewicy ma wynik nieco wyższy niż ogólny wynik Lewicy w skali kraju.
Twarde elektoraty i odwoływanie się do fundamentu ideologicznego są zawsze ważne. Wydaje mi się jednak, że w wyborach lokalnych łatwiej jest „łowić” wyborców, którzy w głosowaniach parlamentarnych czy prezydenckich wybierają inaczej. Grupa 25% niezdecydowanych też jest znaczna. Część z nich z powodu wakacji jeszcze nie myśli o wyborach i mniej interesuje się polityką. Inni mogą być zdezorientowani dużą liczbą kandydatów i potrzebują czasu. Ta grupa będzie zapewne topnieć bliżej głosowania, ale wciąż może okazać się decydująca.
Jak określiłby Pan dzisiaj wyborcę niezdecydowanego? Czy to ludzie zawiedzeni dotychczasową polityką Aleksandra Miszalskiego, czy po prostu osoby mało interesujące się polityką?
Krytyka kierowana pod adresem polityki Aleksandra Miszalskiego po przegranym referendum była wyraźna, jednak nie można jednoznacznie stwierdzić, kto jest dzisiaj wyborcą niezdecydowanym. To mogą być osoby, które nie widzą tutaj dla siebie jakiejś reprezentacji. Myślę jednak, że to są również osoby, co wychodzi szczególnie w wyborach lokalnych – które nie do końca rozumieją ten bardziej skomplikowany model polityki. To nie są tylko partie polityczne, ale też kandydaci niezrzeszeni i działacze społeczni. W związku z tym orientacja w sytuacji jest tu nieco słabsza.
Jesteśmy też w momencie, w którym katalog kandydatów dopiero się klaruje, dlatego niektórzy wolą poczekać z decyzją albo przynajmniej nie chcą jej w tym momencie pochopnie deklarować, skoro jeszcze nie wiadomo dokładnie, kto będzie kandydował. Na pewno są to również osoby mające silnie zakorzenioną normę uczestnictwa, czyli zawsze głosują, ale nieco słabiej interesują się polityką na co dzień. Dopiero kampania wyborcza być może zrodzi u nich impuls większego zainteresowania.
Motywacji jest naprawdę bardzo dużo. Są tam też z pewnością osoby, które po prostu nie chcą dzielić się swoją opinią z ankieterem i odpowiadają: „trudno powiedzieć” albo „nie wiem w tym momencie”. Jest to więc naprawdę trudne do zbadania. Sam fakt, że jedna czwarta elektoratu to niezdecydowani powinien nam podpowiadać, że do dotychczasowych wyników badań sondażowych powinniśmy mieć zdecydowany dystans i nie traktować ich jako twardej prognozy tego, co wydarzy się w dniu wyborów.
W ostatnich tygodniach do Krakowa zjeżdżają politycy z pierwszych stron gazet. Był premier Tusk, Beata Szydło z Przemysławem Czarnkiem, Włodzimierz Czarzasty, Sławomir Mentzen czy Adrian Zandberg. Czy takie wsparcie przełoży się na końcowy wynik? Pamiętamy, że poparcie Donalda Tuska pozwoliło Aleksandrowi Miszalskiemu finalnie wygrać wybory w Krakowie.
To trochę inny czas. Efekt mobilizacyjny liderów partyjnych wciąż działa, ale bardzo często to wsparcie z góry ma charakter czysto rytualny. Gdyby politycy się nie pojawili, kandydaci musieliby odpowiadać na pytania, dlaczego partia ich nie wspiera, a po ewentualnej przegranej pojawiałyby się zarzuty o brak pomocy ze strony kolegów i koleżanek z tzw. centrali.
Są też liderzy, którzy mają realną moc mobilizacyjną i są wiarygodni, a ich obecność nie ściąga krytyki na miejscowych kandydatów. Są jednak i tacy, którzy mogą wręcz zaszkodzić. Dla części wyborców ma to znaczenie, ale z drugiej strony są to wybory lokalne. Mieszkańcy bardziej czekają na to, co kandydaci mają do zaproponowania konkretnie dla miasta, niż na przyjazd lidera partyjnego. Powinien to być element wprowadzany subtelnie.
Na razie były to jednodniowe inicjatywy. Widziałem Sławomira Mentzena na krótkim filmiku z Bartoszem Bocheńczakiem czy Adriana Zandberga na zdjęciu z Aleksandrą Owcą. To nie są duże wydarzenia i nie będą miały istotnego wpływu na wynik. Był też premier Tusk czy minister Kosiniak-Kamysz, ale myślę, że najważniejsze w tej kampanii, czyli właściwa debata o Krakowie dopiero przed nami. Wtedy kandydaci będą musieli wykazać się sami. Nikt nad kartą do głosowania nie będzie zastanawiał się nad tym, co w Krakowie powiedzieli Włodzimierz Czarzasty, Adrian Zandberg czy Beata Szydło.
Na koniec zapytam, komu pomaga, a komu szkodzi Stanisław Kracik. Niedawno stwierdził, że nie traktuje siebie jako komisarza, lecz jako osobę powołaną do pełnienia funkcji prezydenta, i że korespondencję adresowaną na „komisarza” mógłby odsyłać z adnotacją „adresat nieznany”. Miał tylko dociągnąć Kraków do przyspieszonych wyborów, tymczasem podejmuje duże decyzje.
Moim zdaniem nie będzie miało to większego znaczenia na ostateczny wynik wyborów. Ocena Stanisława Kracika jest swego rodzaju sinusoidą. Były momenty chwalenia go, a w ostatnim czasie pojawiło się więcej krytyki.
Elektorat opozycyjny i osoby rozczarowane poprzednimi rządami raczej nie dadzą się przekonać retorycznymi gestami, skoro nie poszły za tym wielkie zwroty w polityce miasta. Kracikowi zarzucano, że zamiast decyzji czysto technicznych podejmuje kroki właściwe dla prezydenta z wyboru. Nie sądzę jednak, by miało to decydujący wpływ na wynik. Szczegółowe przebiegi sesji Rady Miasta czy konkretne decyzje urzędowe nie są aż tak wnikliwie śledzone przez ogół mieszkańców.
Kluczowa będzie kampania, która jest jeszcze przed nami. To wtedy uwaga opinii publicznej najbardziej skupi się na samych kandydatach oraz ich programie i to w tym okresie grupa osób niezdecydowanych zacznie wyraźnie topnieć, a ostateczne preferencje będą się klarować.
Rozmawiał: Patryk Trzaska



