Przez piętnaście lat patrzyliśmy na stadion przy Reymonta jak na wielki, kosztowny mebel. Stał, działał, odbywały się na nim mecze piłki nożnej, czasem inne sportowe wydarzenia. Ale jego potencjał był zdecydowanie większy niż kalendarz, który dla niego pisaliśmy. Piątkowy koncert Sanah pokazał, że przez lata popełniano błąd nie organizując kulturalnych wydarzeń przy Reymonta.
14 sierpnia na stadion Wisły weszło około 40 tysięcy ludzi. Nie po to, żeby zobaczyć jedenastu piłkarzy, nie po to, żeby policzyć gole i kartki. Przyszli po muzykę, światła, emocje i wielkie widowisko. I nagle okazało się coś, co przez lata jakoś umykało, że ten stadion jest również świetnym miejscem na wielkie wydarzenia.
Sam koncert został przyjęty bardzo dobrze. W internecie pojawiły się komentarze o świetnej atmosferze, znakomitym występie Sanah i gościach, którzy pojawili się na scenie. Były oczywiście pytania o akustykę — stadion piłkarski nigdy nie będzie halą koncertową — ale trudno oprzeć się wrażeniu, że po tym wieczorze znacznie ważniejsze od pytania „czy można?” stało się pytanie: „dlaczego tak późno?.
Stadion przy Reymonta został w pełni otwarty w 2011 roku. Od początku miał być nowoczesnym obiektem miejskim, którego skala wykracza poza jeden klub i jedną dyscyplinę. Tymczasem przez kolejne lata funkcjonował przede wszystkim jako stadion piłkarski. Oficjalna historia obiektu sama przypomina, że miał służyć nie tylko Wiśle — grały tu również inne krakowskie drużyny, a swoje mecze rozgrywała reprezentacja Polski.
Ale koncertów wielkiej skali właściwie nie było. I to jest właśnie ta krakowska specjalność: potrafimy zbudować coś za ogromne pieniądze, a potem przez lata zastanawiać się, co właściwie z tym zrobić.
Koncerty są jednym z takich pomysłów. Nie każdy artysta przyciągnie 40 tysięcy ludzi i nie każdy koncert musi odbywać się na stadionie. Nie chodzi przecież o to, żeby zamienić Reymonta w całoroczną salę koncertową. Chodzi o coś znacznie prostszego – żeby wreszcie traktować ten obiekt jako miejską przestrzeń na duże wydarzenia, a nie wyłącznie jako adres meczów Wisły i ew. Wieczystej Kraków.
Sanah pokazała, że jest na to publiczność. I pokazała to bardzo konkretnie. Bilety na krakowski koncert cieszyły się ogromnym zainteresowaniem już na etapie sprzedaży, a sam koncert stał się największym wydarzeniem tego typu w historii nowego stadionu. I właśnie dlatego po piątkowym wieczorze trudno powiedzieć: „fajnie, było, minęło”. Nie, to powinien być początek.
Kraków potrzebuje dużych koncertów. Potrzebuje również dużych wydarzeń sportowych, rodzinnych, kulturalnych i społecznych. Potrzebuje miejsc, które mogą przyjąć kilkadziesiąt tysięcy ludzi i stać się na kilka godzin centrum miasta.
Mamy stadion w znakomitej lokalizacji. Mamy komunikację, mamy ogromną widownię, mamy infrastrukturę, mamy doświadczenie organizacyjne. A przez lata zachowywaliśmy się trochę tak, jakbyśmy bali się sprawdzić, co jeszcze można tam zrobić.
Tymczasem miasto samo już dostrzegło ten problem. W ubiegłym roku zapowiadało „nowe otwarcie” stadionu i strategię, która ma uczynić z niego miejsce różnorodnych wydarzeń, działające przez 365 dni w roku. I bardzo dobrze, teraz trzeba tylko konsekwencji, a nie jednego koncertu na piętnaście lat. Nie pojedynczego wielkiego nazwiska, które przyjedzie, zrobi swoje i wyjedzie.
Potrzeba menedżerów, którzy będą szukać wydarzeń z odpowiednim wyprzedzeniem. Potrzeba współpracy miasta, operatora stadionu, Wisły i organizatorów imprez. Potrzeba infrastruktury, która pozwoli robić koncerty sprawniej, bezpieczniej i wygodniej. Jeśli akustyka wymaga poprawy — poprawmy ją. Jeśli trzeba usprawnić logistykę — usprawnijmy ją. Jeśli trzeba wypracować model finansowy — wypracujmy go. Bo najgorsze, co mogłoby się teraz wydarzyć, to powrót do starego modelu: mecz, przerwa, mecz, przerwa.
Nagle zobaczyliśmy, że na Reymonta 22 można przyjść nie tylko w szaliku. Że stadion może być miejscem, do którego jedzie się z dzieckiem na koncert. Że kilkadziesiąt tysięcy osób może wspólnie śpiewać, zamiast wspólnie oglądać mecz. Że ten ogromny obiekt może być częścią miejskiego życia również wtedy, kiedy na murawie nie ma piłkarzy. I może właśnie tego najbardziej brakowało przez te wszystkie lata: nie pieniędzy, nie kolejnych ekspertyz i nie kolejnych debat o tym, kto powinien być gospodarzem stadionu.



