– Nie paliłem cygara z prezydentem Majchrowskim. Mam do niego szacunek. Dla niego niektóre rzeczy są ważne. Na przykład ubiór. Wszyscy pytają: „czemu Komarewicz chodzi w krawacie?” Chodzę, bo rozmawiałem z szefem… – mówi nam Rafał Komarewicz, lider Przyjaznego Krakowa.
Ja nie mam takiego parcia, jak niektórzy moi koledzy,
którzy muszą wystartować w wyborach. Muszą!
Bo jak się nie dostaną, to ich nie ma.
Łukasz Mordarski: PiS czy PO?
Rafał Komarewicz: Jeżeli chodzi o…?
O pana preferencje.
Moimi preferencjami są krakowianie. Mnie najbliżej do krakowian, więc jeżeli ktoś ma dobry pomysł to go realizujemy. Jeżeli ktoś powie, że chce wybudować obwodnicę Krakowa… Według pana jest potrzeba?
Bardzo.
Według mnie też. I dla mnie jest obojętne czy zrobi to PiS czy PO.
Na kogo pan głosował w wyborach?
W tych wyborach na Koalicję Europejską. Jestem pragmatykiem – potrafię odróżnić to, co się dzieje w mieście od tego, co się dzieje w naszym państwie. Jestem samorządowcem, dla mnie ważne jest rozwiązywanie problemów mieszkańców. Natomiast nie dam się „przypiąć” do jeden czy drugiej partii.
Jak pan ocenia rządy PiS-u?
Są rzeczy OK, ale są też takie, które są nie do przyjęcia.
Co jest OK?
Polityka społeczna. Ludzie zaczynają wychodzić z biedy.
Czyli jest pan za rozdawnictwem?
Nie. Uważam, że program 500+ jest bardzo ważny. Natomiast dawanie „trzynastek” emerytom dlatego, że idą wybory, jest skandaliczne.
Czym jest 500+, jeśli nie rozdawnictwem?
My żyjemy w Krakowie. Proszę pojechać do innych miejscowości w Małopolsce. Są ludzie, którzy nie są w stanie zapewnić pewnych warunków dzieciom. I to nie jest tylko patologia, jak się powszechnie mówi.
A co jest nie do przyjęcia?
To, co się dzieje z sądownictwem. Jeżeli ktoś chce coś zmienić, to powinno być to konsultowane na wszystkie strony. Po to, żeby kolejni, którzy wygrają wybory, nie mówili: my nie mamy z tym nic wspólnego.

Z kim panu będzie trudniej wygrać w wyborach do senatu? Z Bogdanem Klichem (PO) czy Janem Dudą (PiS)?
Nie jestem kandydatem w wyborach do senatu.
Ale bardzo pan chce.
Nie ma żadnych decyzji.
Powiedział pan, że chce startować.
Powiedziałem, że się zastanawiam. Nie wiem, jaka będzie sytuacja za miesiąc.
Pytam nie o decyzję, tylko o to, czy pan chce czy nie. Ja wiem, czy chcę się umówić na randkę z blondynką czy brunetką.
Ja nie wiem, czy w ogóle chcę się umówić na randkę! (śmiech). Chcę dobrze reprezentować krakowian…
Błagam!
Ale niech pan mnie posłucha… Teraz reprezentuję Kraków i mogę powiedzieć: Śląsk truje Kraków. Trzeba coś z tym zrobić, nawet kosztem zamknięcia kopalń. Jednak to mogę powiedzieć tylko w naszym mieście, bo go reprezentuję. Na Śląsku wie pan co by było, gdyby to usłyszeli.
To krakowianie będą na pana głosować.
Jeżeli w ogóle wystartuję. Rozmawiałem z kolegami z Platformy. Oni uważają, że trzeba do polityki wprowadzić nowych ludzi. Jeżeli będzie taka potrzeba, to zastanowię się, czy kandydować. Nie będę panu składał żadnych deklaracji. Na razie próbuję pokazać to, co robi Przyjazny Kraków. Bo my naprawdę coś robimy, a nie tylko krytykujemy tak, jak robi to Gibała. On nie ma żadnej mocy sprawczej.
Myśli pan, że Gibała stoczył się na polityczne dno?
Kierunek, który obrał, mnie się nie podoba.
Skoro już obgadujemy ludzi – kto jest najlepszym radnym?
To jest pana zadanie, żeby oceniać. Kurczę… rozumiem, że pan chce mieć „mięso”, ale nie będę nikogo wskazywał, lubię ludzi i mam otwarte serce. Oczywiście, jak ktoś mnie kopnie w cztery litery, to umiem oddać.
Kto pana kopnął?
Na razie cztery osoby, które zagłosowały przeciwko mnie w wyborach na wiceprzewodniczącego rady miasta i trzy, które się wstrzymały. Może to nie jest kopniak, ale taki kuksaniec. Uważam, że jest to nie fair, bo jak są pewne ustalenia, to powinniśmy ich przestrzegać. Sporo osób myli rozmowę z końcowymi decyzjami.
Czyli powinni się zachowywać jak maszynki do głosowania?
Jeżeli ktoś uważa, że nie jestem dobrym kandydatem, to niech to powie podczas dyskusji.

Liderem Przyjaznego Krakowa jest Jacek Majchrowski. Pan jest szefem klubu. I jest pan bardzo niesforny. Ponoć trudno pana „upilnować”. Stawia się pan.
Pan prezydent ma jedną wielką zaletę, której nie mają inni politycy – to nie jest człowiek, który powie: „masz zrobić to i to”. A na pytanie dlaczego, nie odpowie: „bo tak”. Prezydent jest otwarty na dyskusje i argumenty. Jeżeli szef nas przekona do swoich poglądów, to często robimy tak, jak mówi. Natomiast my też przekonujemy szefa do naszych racji.
Kto częściej wygrywa te batalie?
Nie traktuję tego w tych kategoriach.
Pali pan już ze swoim szefem cygaro?
Nie.
A pali pan w ogóle?
Od czasu do czasu.
Dlaczego nie z szefem?
Właśnie dlatego, że jest moim szefem. Spotykam się z nim, żeby porozmawiać o ważnych sprawach. Mam do niego szacunek. Dla niego niektóre rzeczy są ważne. Na przykład ubiór. Wszyscy pytają: „czemu Komarewicz chodzi w krawacie?” Chodzę, bo rozmawiałem z szefem…
I on panu kazał?
Nie kazał. Po prostu rozmawiałem z nim na temat stroju i w takcie rozmowy doszedłem do wniosku, że skoro jestem wiceprzewodniczącym rady miasta i reprezentuję mieszkańców, to powinienem się stosownie ubrać. Dobrze jest mieć taką osobę, z którą można porozmawiać o takich rzeczach.
Jest pana mentorem?
Kierunek, w którym prowadzi Kraków jest dobry.

Dba pan o wygląd zewnętrzny po to, żeby ładnie wyglądać na plakatach i billboardach?
Chcę pokazać, że jest Przyjazny Kraków. Chcę pokazać, co robimy. Chcę pokazać, że dzięki naszym poprawkom jest park na Kurdwanowie, monitoring…
Proszę się nie rozpędzać, bo nie będziemy wymieniać zasług.
OK, ale problem jest w tym, że ludzie nie do końca o tym wiedzą. A jak widzą billboard, to zaczynają sobie zdawać sprawę, że jest Przyjazny Kraków.
Na tym billboardzie jest pan, a nie Przyjazny Kraków.
Jestem szefem klubu, więc trudno pokazywać kogoś innego.
Trzeba było pokazać wszystkich – pan jako lider i cała reszta.
Skąd pan wie, czy czegoś takiego nie będzie? Są różne pomysły, ale nie mogę panu o nich powiedzieć. Natomiast z tym jest trochę tak, jak z produktem. Najpierw trzeba pokazać, że on istnieje.
Niekoniecznie trzeba firmować ten produkt własną twarzą.
A zauważył pan coś jeszcze na tym moim billboardzie?
Nie. Tylko pana twarz i duży napis: Komarewicz.
Nie zauważył pan dużego logo Przyjaznego Krakowa? Szkoda. Nie rozumiem, dlaczego mamy nie pokazywać krakowianom naszych działań. Pokazujemy lidera, w miarę młodego gościa…
Ba, nawet trochę przystojnego. Pięknie się pan uśmiecha na tym billboardzie.
Bo ja lubię się uśmiechać, szczególnie do ludzi.
Szkoda, że tylko to wali po oczach.
Proszę pana… billboard jest kojarzony z Przyjaznym Krakowem i jego liderem. Niech mi pan powie, kto jest liderem Platformy w Krakowie?
Wszyscy są bezbarwni.
Wie pan, jakiego lidera ja pamiętam? Jana Marię Rokitę. Premier z Krakowa. To był ostatni lider. W ugrupowaniach politycznych i samorządowych lider to normalna rzecz.
„Po prostu lider” – Grzegorz Lipiec miał kiedyś takie hasło na plakatach wyborczych. Do tego pretensjonalne i lekko nadęte zdjęcie…
Ja się na razie nigdzie nie wybieram. Chcę pokazać, że jest Przyjazny Kraków. Ludzie o tym mówią. Pan o tym mówi.
Kto płacił za te billboardy: pan czy Przyjazny Kraków?
Oczywiście, że ja.
Czyli to nie jest promowanie PK, tylko pana.
Ktoś musiał wziąć za to odpowiedzialność finansową i ja to zrobiłem.
Rozłam! Znany polityk PO przejdzie do PiS?! Ogromne konsekwencje dla Krakowa
Bardzo pokrzyżowałem panu plany, pisząc, że zastanawia się pan nad przejściem do PiS-u?
To jest jakiś absurd! Po co?! Od ośmiu lat współpracuję z prezydentem Majchrowskim i po co miałem przechodzić do PiS-u?
Żeby wystartować w wyborach de senatu: albo z list PO, albo PiS-u.
Ja nie mam takiego parcia, jak niektórzy moi koledzy, którzy muszą wystartować w wyborach. Muszą! Bo jak się nie dostaną, to ich nie ma. Ja mam parcie na to, żeby mieszkańcy wiedzieli, że jest Przyjazny Kraków i facet, który nazywa się Komarewicz, mogący pomóc mieszkańcom w ich problemach.
To jakie ma pan ambicje polityczne?
Odpowiada mi to, co robię teraz. Buduję Przyjazny Kraków.
Rozmawiał Łukasz Mordarski

Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował. Bądź pierwszy!
Nie udało się wczytać komentarzy.