Czarny Wtorek: Czas nazwać smog nasz powszedni

Przepraszam, no znów będzie o smogu. Czy w Krakowie można w ogóle mówić jeszcze o czymś innym? Idę spać – sprawdzam na wynikach, czy smog już śpi. W nocy – zerkam, czy nie rozkopał kołderki, a rano – sprawdzam, czy już wstał. W sklepie – wszyscy gadają o nim. Kumple laski wyrywają na teksty o PM10, o PM2,5, o wpływie smogu na modę. Zapraszają te laski do swoich mechanicznie naozonowanych sypialń, by zrzucić z rozanielonych dziewcząt zapyloną przecież odzież.

Jadę południowymi rubieżami Krakowa, dym widzę już z daleka, czarny, gęsty, pełznie po niebie w kierunku wschodnim. W końcu zajeżdżam – trochę to trwa, bo staram się moim już niezbyt młodym dieslem nie przekraczać 2200 tysiąca obrotów na minutę, taki jestem dla Was łaskawy. Zajeżdżam – patrzę chata niczego sobie, no na pewno nie mieszka tu biedota, a dym – jak za pięć groszy. Zatrzymuję się, okno w dół – ciach. Telefon – ciach. Aplikacja „Powietrze Kraków” – ciach. Raportuj – ciach. I poszła fotka do straży miejskiej. Mam akurat wolny dzień, myślę poczekam, aż przyjadą, sprawdzę, czy w końcu tu dotrą, ale nie – nie chce mi się, szkoda czasu. Jadę polować na kolejne kominy, choć dziś akurat było słabo, bo ciepło.

Nazwać Smog

Zawsze miałem słabość do katastrof. Za dzieciaka moim ulubionym filmem był ten o Cyklonie Tracy, który w 1974 zmiótł z powierzchni ziemi miasto Darwin. Potem wyparł go inny, również na wskroś katastroficzny obraz: „Płonący Wieżowiec” (który w 1974 za to powstał). Nie, nie „Płynące Wieżowce”, he he he. Ile ten film trwał, nie wiem, nie pamiętam – prawie trzy godziny, a obejrzałem go ze sto razy.

Amerykanie, Australijczycy zawsze potrafili zarobić na tych tragediach. Ci co przetrwali w Darwin chodzili potem w koszulkach „Przeżyłem cyklon Tracy”. Czy my będziemy chodzić w koszulkach „Przeżyłem krakowski Smog 2017”? Ech, to złudne, bo kogo nie porwał wiatr, ten wie, że go nie porwał. Kto nie spłonął w wieżowcu, czuje, że wszystko jest w porządku. A kogo zaczął pożerać smog, ten tego nie wie, no ale nieważne, koszulka mogłaby się sprzedać, pod warunkiem, że jakoś ten smog nazwiemy. Smog Marian? Smog Henryk? Nie wiem, trzeba coś wymyślić.

Fakt faktem, że w Krakowie czuć atmosferę katastrofy, nadchodzącej apokalipsy, jakby nagle miało pęknąć niebo. Popatrzcie, ile ludzi chodzi po chodnikach w maskach, przecież to obraz jak z filmu sci-fi. A ci, co nie chodzę po chodnikach, siedzą w domach wokół maszyn, które oczyszczają dla nich powietrze. Przez okno zerkają rzadko i z obawą, tam czai się śmierć. To też kadr jak z filmu o katastrofie ekologicznej, no ale chyba nie z 2017, co? Tak szybko to nadeszło?

Wieczorami na placu Nowym jedni stoją w maskach, drudzy, tradycyjnie, zaciągają się papierosem. Smog daje im 9 fajek dziennie, widocznie to za mało. Ja też się zaciągam, wieczorami jakoś łatwiej się z tego śmiać i zgrywać twardziela.

Ofiary smogu

Wiele można o smogu dyskutować. Na przykład samochody. Przecież one też są biedne, bo też potrzebują powietrza do procesu spalania paliwa. Sprytni konstruktorzy wyposażyli je w filtry powietrza (my mamy podobne w nosie), ale przy takim zanieczyszczeniu te filtry zatykają się kilkaset razy szybciej. Biedne auta – zabija ich smog wytworzony przez ludzi. Tak, przez ludzi, bo przecież auta same nigdzie by nie pojechały. Stałyby sobie na łące i wąchały kwiatki.

O, albo to:

No dobra, my tu gadu gadu, a smog zniknął. W ciągu dnia padł serwer Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Krakowie, więc nikt nie wiedział dokładnie, ile pyłów jest w powietrzu, czuć było, że sporo. Gdy po południu serwer wznowił działalność – okazało się, że w tym czasie wyniki spadły na łeb na szyję. W tej chwili poziom smogu jest oczywiście wciąż zabójczy, ale tylko dla paryżan i innych francuskich piesków, dla krakowian – jest śmiesznie niski.

Nie wiem, jak to się stało, może to dlatego, że zrobiło się trochę cieplej, może ktoś pokręcił śrubokrętem, ale fakt faktem, że znów widać nieco dalej niż na kilka metrów.

Mateusz Miga

Zobacz także