ŚDM nocą. „Jak ktoś się opija, to nasi”

Myślicie, że Światowe Dni Młodzieży zasypiają, gdy zapada zmrok? Kończą się, kiedy gasną kamery stacji telewizyjnych? Otóż nie. Nasz człowiek rusza co wieczór w miasto, by sprawdzić, co pielgrzymi robią nocą.

Straciłem już poczucie czasu, zaglądam w moją szklaneczkę, prawie pusta, trochę żołądkowej na dnie. Podnoszę wzrok, ona ciągle mówi o swojej babci Polce, nie wierzę jej, nie brzmi przekonująco, w 1939 sprzedała wszystkie oszczędności i kupiła bilet na statek do Wenezueli. Kota przemyciła w torebce, ale potem wyskoczył w fale, zaraz za Wyspami Owczymi, a dziś ona nosi imię po nim. Zbierają się do wyjścia i w Tram Barze zostanę zupełnie sam, tylko ja i dwie podpite barmanki.
– Dlaczego już idziecie? – pytam.
– I tak jesteśmy już spóźnieni. Tam gdzie śpimy drzwi zamykają o północy.
No i te przemoczone buty, dodaje, mało to komfortowe.

Racja, myślę, przecież dla nich to ŚDM to, poza wszystkim, spore wyzwanie kondycyjne. A jeszcze muszą dotrzeć do lagi-kiki, ładżiwiki, zwał jak zwał, na szczęście do Łagiewnik daleko nie jest.

Po 22 rzadko opuszczam Kazimierz, ale pielgrzymi tam nie docierają, więc wychodzę im na spotkanie w okolicach Rynku. Dochodzi północ, spora grupa (chyba głównie Francuzów) oblega Adasia, krzyczą „Polska! Polska!” – po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że ŚDM to świetna reklama naszego miasta i kraju.

Ale takie obrazki możecie zobaczyć też w TV.

Okazuje się, że teraz jeden z gorętszych adresów w mieście wśród spragnionej młodzieży to HUKI MUKI przy Floriańskiej. I aż roi się tam od pielgrzymich peleryn. Zaraz przy wejściu siedzą wolontariusze, na pustym stoliku niemal w całości opędzlowana butelka wódki. Młode chłopaki patrzą na siebie zamglonym wzrokiem, to wygląda na ich pierwsze poważne picie w knajpie.
– Marek? Marek? Nalejesz? – jąka się jeden.
– Marek poszedł godzinę temu – odpowiada drugi, mocno już zniecierpliwiony.

Ale tak jak oni nie pije tu nikt. Pielgrzymi zachowują fason, krzyczą, skaczą, gubią się w czeluściach knajpy, ale jeśli piją, to piwo. Trzeba przyznać, duża klasa.

Jak ktoś się opija, to nasi. Typ na przystanku trzyma się słupa. Wygląda to na stretching. Albo walkę ze sztormem. Pielgrzymi już nie są w centrum zainteresowania, teraz to oni wyciągają telefony i nagrywają filmiki. Będzie co pokazać w domu. Nagle pijak postanawia przemówić, chyba ma coś ważnego do zakomunikowania: – Kuuurrrrrrrrrrrrrr*******************aaaaaaaaaaaa – krzyczy.

Każdy ma swoje zboczenia, mam i ja. Gdy jest już późno proszę barmana o włączenie „Rozmowy przez ocean” Maryli Rodowicz. Straszna piosenka. Ale śpiewamy wraz z Marylą, teraz my dżemy ryja. Siedzący obok typ z Francji (znów Francja?) pod wrażeniem, że znamy słowa, zagaduje:
– To najpopularniejsza polska piosenka?
– Tak – odpowiada kolega. – Oczywiście!
I zdradzamy mu tajemnicę:
– Gdy będziesz zagadywał dziewczynę, zaśpiewaj jej refren.
Uczy się refrenu, już umie. Ciekawe, jak pójdzie mu podryw.

https://www.youtube.com/watch?v=sb9IkwZb1FU

(mm)

Czytaj także:

Noc 1. „Za kołnierz nie wylewali…”

Noc 2. Raz dzięglem, raz piołunem

Zobacz także