To tylko koronawirus? Między paniką a lekceważeniem problemu

Koronawirus / fot. Pixabay

W ostatnich dniach w Krakowie i Małopolsce mamy bardzo dużo nowych zakażeń. Więcej niż wtedy, gdy byliśmy przekonani, że epidemia dopiero się rozwija. Dla niektórych podawanie danych o nowych chorych i kolejnych zgonach to sianie paniki. Takie podejście oznacza jednak lekceważenie problemu. Trzeba zachować zdrowy rozsądek, choć to rzeczywiście nie jest łatwe.

Podobno liczby nie kłamią, choć druga teoria głosi, że nie oddają rzeczywistości. W tym kontekście rekordowe liczby zakażeń w Krakowie i Małopolsce w ostatnim tygodniu można interpretować na kilka sposobów.

Skrajne interpretacje

Pierwszy – epidemia wraca ze zdwojoną siłą. Mamy przecież więcej zakażeń, choć latem, kiedy zrobiło się ciepło, miało ich być mniej. W jakiej sytuacji będziemy więc jesienią, kiedy zapowiadana jest druga fala epidemii? I jak duża ta fala będzie, skoro dziś 400-500 zakażeń dziennie w kraju i ok. 100 w Małopolsce nie jest jeszcze falą epidemii?

Drugi – więcej zakażeń to żaden problem. Przecież liczba zgonów nadal jest niska, wiele osób przechodzi koronawirusa całkiem bezobjawowo. Wszystko wskazuje na to, że te tysiące chorych to tylko statystyka, kompletnie bez znaczenia dla stanu zdrowotności w kraju, w Małopolsce i Krakowie.

Obie te interpretacje są skrajne. Prawda jak zwykle leży pośrodku.

Za każdą liczbą stoi człowiek

Dobrze nie jest, ale nie ma co siać paniki, jednak także nie wolno lekceważyć rosnących statystyk. Do tego trzeba pamiętać, że realną ocenę zagrożenia i tego, co naprawdę oznacza koronawirus, mają tylko lekarze zajmujący się zakażonymi. I chorzy, którzy choć kilka dni leżeli pod respiratorem. Także osoby, które straciły bliskich.

Liczba zgonów z powodu COVID-19 ciągle jest u nas mała w porównaniu z krajami, gdzie epidemia zbierała i nadal zbiera wielkie śmiertelne żniwo. Ale właśnie w tym przypadku liczby nie oddają rzeczywistości. Za każdym pojedynczych przypadkiem stoi tragedia ludzka, rodziny, bliskich, znajomych. I nie można stawiać wyroków, że w czasie epidemii odchodzą starsi i schorowani, którzy i tak by umarli. Stawiając taką tezę warto pomyśleć, że w tej grupie może być ktoś nam bardzo bliski…

To jak jazda samochodem

Zdaję sobie sprawę, że wczucie się w sytuację tych, którzy skutki epidemii odczuwają osobiście, przez tych, którym nic się nie dzieje, jest trudne. Bardzo trudne. Ale to jest trochę jak z sytuacją na drodze.

Kierowca samochodu też nie do końca potrafi zrozumieć pieszego i rowerzystę. Naciskając pedał gazu nie do końca zdaje sobie sprawę, że każde jego 10km/h na godzinę więcej, to ryzyko, że pieszy na jego drodze nie przeżyje. A czasem jedna dziesiątka za dużo zabija także samego kierowcę…

Chyba nikt już nie twierdzi, że podawanie statystyk o wypadkach drogowych, zabitych na drzewach i przejściach dla pieszych, to sianie paniki. Te dane mają nam uzmysłowić, że trzeba zachowywać się bezpiecznie. Kiedy zrozumiemy, że to samo dotyczy koronawirusa?

Grzegorz Skowron

Zobacz także