Już 19 kandydatów ma zamiar wystartować w wyborach prezydenckich, które odbędą się 10 maja 2020 roku. Większość z nich w ogóle nie będzie się liczyć w wyborczej rozgrywce. Dlaczego więc startują w wyścigu do Pałacu Prezydenckiego? – pisze w felietonie Grzegorz Skowron.
Kandydatów na prezydenta można podzielić na kilka kategorii. Pierwszą stanowią ci, którzy reprezentują najważniejsze partie i już od wielu miesięcy zapowiadali start w wyborach: Andrzej Duda (Prawo i Sprawiedliwość), Małgorzata Kidawa Błońska (Platforma Obywatelska), Władysław Kosiniak-Kamysz (Polskie Stronnictwo Ludowe), Robert Biedroń (Lewica). W tej grupie mieści się też Krzysztof Bosak (Konfederacja), choć jego nazwisko pojawiło się najpóźniej.
Druga kategoria kandydatów klasyfikuje się jako bezpartyjni. W tej grupie na czoło wysuwa się Szymon Hołownia, choć nawet kandydaci z pierwszej grupy próbują przekonywać wyborców, że nie są aż tak bardzo upolitycznieni, jak na to wskazywałaby ich legitymacja partyjna.
Do trzeciej grupy zaliczyłbym kandydatów, których nazwiska nic lub prawie nic nie mówią przeciętnemu wyborcy. Dla nich pierwszą poważną przeszkodą do pokonania będzie zebranie co najmniej 100 tys. podpisów poparcia dla własnej kandydatury. Tego testu nie zda wiele osób, którym wydaje się, że noszą w plecaku prezydencką buławę.
Można też mówić o grupie kandydatów, którzy startują lub ogłaszają, że wystartują tylko po to, by nie dać o sobie zapomnieć. Co istotne nie dotyczy to jedynie tych mało znanych. Z dużym prawdopodobieństwem można dziś wyrokować, że w drugiej turze spotkają się urzędujący prezydent i kandydatka PO. Pozostali wyścig wyborczy traktują więc bardziej jako test własnych możliwości, szansę na utrwalenie się w świadomości wyborców niż walkę o wygraną. I nie ma się im co dziwić – pamiętają, że partie, które nie wystawiły kiedyś kandydatów na prezydenta, znikały ze sceny politycznej po takich wyborach.
Kandydaci tacy jak Kosiniak-Kamysz, Biedroń, Bosak czy Hołownia będą mogli czuć się wygranymi nawet jeśli nie wejdą do drugiej tury. Dla każdego z nich zdobycie ponad 10-proc. poparcia będzie ogromnym sukcesem, ale z drugiej strony mniej niż 5 proc. głosów powodem do dumy nie będzie.
Dla dwójki najpoważniejszych kandydatów – Andrzeja Dudy i Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – liczy się tylko zwycięstwo. Przegrana, choćby nawet minimalna, będzie totalną klęską.
Grzegorz Skowron

Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował. Bądź pierwszy!
Nie udało się wczytać komentarzy.