Teoretycznie już w następną niedzielę (10 maja 2020) powinny odbyć się wybory prezydenckie. Już nawet premier Mateusz Morawiecki sugeruje publicznie, że może to być 17 czy nawet 23 maja. Opozycja mówi o jeszcze dalszych terminach. Jarosław Gowin – nawet o maju 2022 roku. O żadnym z tych terminów nie można powiedzieć, że jest przesądzony. Wszystkie są możliwe.
Nawet sejmowe głosowanie 7 maja nie przesądzi ostatecznie o tym, kiedy odbędzie się głosowanie na prezydenta. Ale jeśli w Sejmie znajdzie się większość do ostatecznego poparcia ustawy o powszechnym głosowaniu korespondencyjnym, wybory prezydenckie odbędą się w maju. Wszystkie dalsze terminy staną się nieaktualne.
PiS – wybory tylko w maju
PiS od początku epidemii prze do utrzymania obecnego terminu wyborów prezydenckich, czyli10 maja. Temu służą zmiany w kodeksie wyborczym wprowadzające powszechne głosowanie korespondencyjne, bez tradycyjnego głosowania w lokalach wyborczych. I jeśli Sejm ostatecznie zatwierdzi te regulacje 7 maja, PiS przeprowadzi wybory kopertowe.
Ale może się okazać, że nie zdąży z przygotowaniami na 10 maja. I na to PiS znalazło receptę. Rządzący wprowadzili do kodeksu wyborczego zapis, który upoważnia marszałek Sejmu Elżbietę Witek do zmiany terminu głosowania. Chodzi o wyznaczenie daty na prezydenckie głosowanie na 17 maja lub 23 maja.
To ostatni możliwy dzień, na który można by wyznaczyć wybory (oczywiście zarządzając je w lutym, a nie teraz), gdyby to był dzień wolny od pracy. A za taki uznaje się tylko niedziele i święta państwowe, zaś 23 maja to sobota. Ale i tu władza znalazła wytrych. Premier – zgodnie z ustawami dotyczącymi walki z epidemią – może wyznaczyć dodatkowy wolny dzień od pracy. I jeśli będzie to potrzebne na wybory, to Mateusz Morawiecki nie zawaha się tego uczynić. I 23 maja stanie się dniem wolnym od pracy.
A co jeśli…
To scenariusze przy założeniu, że PiS przeforsuje prawo o wyborach korespondencyjnych. A co się stanie, gdy Jarosław Gowin i opozycja zablokują kopertowe głosowanie?
Po pierwsze wcale nie jest wykluczone, że PiS będzie upierało się przy maju i coś znowu wykombinuje. Skoro dziś, choć nie ma jeszcze ustawy, wybory może przygotowywać wicepremier, a premier wydaje w tej sprawie polecenia, to może i wyda polecenie o przeprowadzeniu wyborów. Oczywiście wszystko po to, by nie została złamana konstytucja.
Ale przy fiasku planów na wybory kopertowe otwiera się cały kalendarz na nowe terminy
Pierwszy z nich to jesień tego roku. Jeśli rząd na początku maja wprowadzi na miesiąc stan klęski żywiołowej (albo co bardziej prawdopodobne – stan nadzwyczajny),to pierwszy możliwy termin wyborów prezydenckich przypadnie na początek września. Dlaczego? Bo w stanach nadzwyczajnych i w trzy miesiące po nich nie mogą odbywać się wybory. Ten scenariusz przedstawiła ostatnio lewica
Jeśli stan klęski lub nadzwyczajny będzie przedłużany (musi się na to godzić Sejm), wybory będą się przesuwać na dalsze terminy.
Pole do dalszych negocjacji
Kolejny możliwy termin to wiosna przyszłego roku. Jako pierwszy mówił o nim lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz. Ostatnio oficjalnie zaproponował go także szef PO Borys Budka. Na razie tak odległa data to polityczna fikcja.
Tak samo jak pomysł Jarosława Gowin, by wybory przeprowadzić dopiero za dwa lata. Ale kiedy upadną majowe terminy, na ewentualne zmiany w konstytucji (m.in. przedłużające kadencję Andrzeja Dudy do 7 lat, bez możliwości ubiegania się o kolejną kadencję), byłoby więcej czasu. I kto wie…
Tak naprawdę po głosowaniu w Sejmie 7 maja albo będzie wiadomo, że wybory – mimo ewidentnego łamania konstytucji i prawa wyborczego – odbędą się w maju, albo zaczną się nowe polityczne przepychanki o nowy termin. I nie ma gwarancji, że tym razem wszystko zostanie zrobione rzetelnie, legalnie i z poszanowaniem prawa.
Grzegorz Skowron



