Problem alkoholowy w Krakowie nie znika z nagłówków gazet, a wprowadzenie nocnej prohibicji okazało się jedynie pierwszym krokiem w walce o bezpieczniejszą przestrzeń miejską. Choć nocny zakaz przyniósł pierwsze pozytywne rezultaty, wielu mieszkańców uważa, że to za mało. Dziś mieszkańcy i aktywiści chcą iść o krok dalej. W ramach nowej inicjatywy obywatelskiej „Kraków Dalej od Alkoholu” proponują zwiększenie odległości punktów sprzedaży od placówek oświatowych, opiekuńczych i sportowych z obecnych 50 do aż 200 metrów.
W opinii wielu problem alkoholowy w stolicy Małopolski ma wiele twarzy. Od dramatu osób w kryzysie bezdomności po wszechobecną normalizację używek w przestrzeni publicznej. Szczególnie na ten stan rzeczy narzekają mieszkańcy wyludniającego się stopniowo Starego Miasta w Krakowie.
Jak zauważają działacze akcji „Kraków Dalej od Alkoholu”, nocne imprezy na Kazimierzu czy Rynku Głównym to nie jedyny problem w tej kwestii. W ich opinii najmłodsi idący rano do szkół mijają witryny uginające się od butelek i kolejkujących się po tzw. „małpki” dorosłych, co trwale zaburza ich postrzeganie zdrowych wzorców społecznych. Choć nocny zakaz handlu alkoholem odciążył już krakowskie SOR-y i straż miejską, autorom nowej propozycji zależy na ochronie najwrażliwszych stref również w ciągu dnia.
W obliczu rosnących kosztów społecznych i zdrowotnych ponoszonych przez całe społeczeństwo inicjatywa ta ma wywołać ogólnomiejską dyskusję na temat realnych granic dostępności procentów w mieście. Czy 200 metrów odizolowania sklepów od szkół, internatów czy kąpielisk stanie się nową rzeczywistością Krakowa? O kulisach akcji, argumentach za zmianami oraz gotowości na dialog z przedsiębiorcami opowiada w rozmowie z KRK NEWS Mateusz ze Wspólnoty Hanna.
Patryk Trzaska (KRK NEWS): W Krakowie od kilku lat działa już nocna prohibicja, a władze miasta deklarują ciągłą walkę z problemem. Co takiego dzieje się jednak na krakowskich ulicach w ciągu dnia, że dotychczasowy dystans 50 metrów okazuje się niewystarczający? Co jest głównym impulsem dla Waszej akcji?
Mateusz (Wspólnota Hanna): Impulsów jest tak naprawdę kilka. Każda z osób podpisujących się pod tym projektem miała własne obawy i zastrzeżenia co do tego, jak obecna sytuacja wygląda w praktyce. Patrząc z mojej perspektywy, od ponad dziesięciu lat pracuję z osobami w kryzysie bezdomności. Co tydzień obserwuję ogromne koszty, jakie jako społeczeństwo, ale też jako pojedynczy ludzie, ponosimy w związku z powszechną dostępnością alkoholu. Jest on obecny na każdym kroku, całkowicie znormalizowany.
Dla mnie kluczowe jest to, aby osoba wychodząca ze schroniska czy ogrzewalni, która bardzo często zmaga się z uzależnieniem, nie trafiała od razu na sklep z alkoholem. Jeśli wejdzie do zwykłego sklepu spożywczego i nie zobaczy tam alkoholu, istnieje duża szansa, że kupi po prostu żywność. Jeżeli jednak alkohol od razu rzuca się w oczy, to całkowicie naturalne, że w pierwszej kolejności sięgnie właśnie po niego. Zależy nam więc na tworzeniu przestrzeni bezpiecznej dla każdego.
Druga sprawa to dzieci. Sam z wykształcenia jestem nauczycielem i pracuję w szkole. Dzisiaj, wchodząc rano do sklepu w centrum Krakowa, widziałem długą kolejkę dzieci ze szkoły obok. Za kasjerką stała ogromna ściana alkoholi. Dziecko nie patrzy na świat tak jak dorosły, nie analizuje tego krytycznie. Wielkie napisy „ALKOHOLE”, widoczne w tylu miejscach, budują w nim przekonanie, że to towar pierwszej potrzeby, niezbędny element codzienności każdego dorosłego. Wychowując dzieci w takim otoczeniu, odbieramy im szansę na to, by w przyszłości unikały używek.
Co więcej, rano dzieci widzą dorosłych kupujących tzw. „małpki”. Dziecko myśli wtedy: „Aha, czyli bycie dorosłym oznacza, że od rana można pić alkohol. Ten pan pije, a potem idzie do pracy, więc to chyba nic złego”. Młody człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, że to długotrwały proces niszczący życie i że za kilka lat ten człowiek będzie zmagał się z tragicznymi konsekwencjami. Edukacja antyalkoholowa w szkołach to za mało. Niemal każdy z nas ją przeszedł, a efektów nie widać. Realne zmiany przynoszą dopiero konkretne regulacje, takie jak nocny zakaz sprzedaży od 22:00 do 6:00. Statystyki wyraźnie pokazują, że po jego wprowadzeniu spadła liczba interwencji straży miejskiej i zgłoszeń na SOR-ach. To mniejsze obciążenie dla państwa i podatników.
Zmniejszenie zagęszczenia punktów sprzedaży na wynos ukształtuje nasze społeczeństwo na przyszłość. Podobnie było z papierosami. Gdy wyeliminowano je z przestrzeni publicznej i zakryto w sklepach, przestały być traktowane jako coś naturalnego i modnego. Wszyscy wiedzą, że trują. Z alkoholem musimy zrobić to samo i nie możemy czekać, aż wszyscy sami z siebie zmienią nawyki.
Patryk Trzaska: Przeglądając komentarze na krakowskich forach internetowych, zauważyłem często powtarzające się pytanie: dlaczego akurat 200 metrów? Czy taka zmiana faktycznie przełoży się na ograniczenie sprzedaży w sąsiedztwie szkół i przedszkoli, których w Krakowie jest przecież bardzo dużo i sklep często znajduje się o rzut beretem?
Mateusz (Wspólnota Hanna): Według opracowań Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) najskuteczniejszą metodą ograniczenia spożycia alkoholu jest właśnie fizyczne zmniejszanie liczby punktów jego sprzedaży, a najmniej skuteczną sama edukacja. Propozycja 200 metrów to czterokrotne zwiększenie dotychczasowego dystansu i traktujemy ją jako dobry początek realnych zmian. Gdybyśmy zwiększyli odległość jedynie dwukrotnie, do 100 metrów, w praktyce niewiele by to zmieniło.
Oczywiście nie przeprowadzaliśmy własnych badań naukowych na ten temat, ale nikt wcześniej nie badał też szczegółowo skutków ograniczeń nocnych, a okazało się, że przyniosły one świetne rezultaty. Warto wreszcie rozpocząć na ten temat poważną dyskusję. Wiem na pewno, że obecne 50 metrów się nie sprawdza. Spróbujmy więc z 200 metrami. Jeśli okaże się, że to rozwiązanie niedoskonałe, zawsze można je skorygować. Każda zmiana budzi opór i ma swoich przeciwników, to naturalny element demokracji. Cieszę się jednak, że ten temat wywołuje dyskusję i ludzie zaczynają o tym rozmawiać.
Patryk Trzaska: Przeciwnicy projektu podnoszą też argument, że zwiększenie odległości sklepów od szkół czy kościołów doprowadzi jedynie do tego, że więcej osób będzie piło alkohol na ławkach i w parkach, bo miejsca sprzedaży przesuną się w stronę osiedli. Czy bierzecie pod uwagę taki scenariusz, czy uważacie go za przesadzony?
Mateusz (Wspólnota Hanna): Zależy nam przede wszystkim na tym, by odsunąć punkty sprzedaży od tak zwanych miejsc chronionych, gdzie przebywają grupy najbardziej wrażliwe i zagrożone. Picie na ławce w parku nadal pozostaje nielegalne i grozi za to mandat. Wiadomo, że rzeczywistość jest trudna i niektórzy nadal będą to robić, ale nie sądzę, by ta uchwała zwiększyła skalę tego zjawiska. Za to na pewno znikną małe punkty sprzedaży z bezpośredniego sąsiedztwa placów zabaw czy szkół. Dzieci idące rano do szkoły nie powinny mijać porozbijanych butelek i widzieć alkoholu jako czegoś powszedniego. Picie alkoholu to nie jest norma. To problem i niszczenie własnego zdrowia. Naszym obowiązkiem jest ochrona najmłodszych przed takimi wzorcami.
Patryk Trzaska: Wracając do tematu dzieci, czy uważacie, że przestrzeń miejska bezpośrednio kształtuje nasze nawyki? Słychać czasem opinie, że przecież nasi ojcowie i dziadkowie wychowywali się w otoczeniu sklepów z alkoholem i kolejne pokolenie też da sobie radę. Jak odnieść się do takiego myślenia?
Mateusz (Wspólnota Hanna): Kiedy słyszę taki argument, od razu mam przed oczami naszych podopiecznych, ludzi w kryzysie bezdomności. To są właśnie ci ojcowie i dziadkowie, którzy „dali sobie radę” w tamtej kulturze. Dla nich alkohol był obecny wszędzie: w domu, w pracy i na ulicy. Nie mówię, że byli skazani na bezdomność wyłącznie przez otoczenie, bo to także ich osobiste wybory, ale wychowali się w kulturze, która do picia zachęcała, a czasem wręcz go wymagała.
Na szczęście to się zmienia. Dziś łatwiej jest odmówić i nie być przez to wykluczonym. Skoro jednak jako społeczeństwo dojrzewamy, to dlaczego nie mielibyśmy pomóc dzieciom, które dopiero kształtują swoją asertywność? Pokazując im na każdym kroku sklepy monopolowe, wysyłamy sygnał, że alkohol to towar pierwszej potrzeby. Nasi przodkowie nie mieli możliwości regulowania tego rynku i przetrwali pomimo powszechności alkoholu, a nie dzięki niej. Bardzo wielu ludzi tej próby nie przetrwało. Znam osobiście wiele osób, które choroba alkoholowa doprowadziła do śmierci w tragicznych warunkach. Skoro mamy narzędzia prawne i możliwości jako obywatele, by to zmienić, powinniśmy z nich skorzystać.
Patryk Trzaska: Czy Wasza propozycja godzi interesy mieszkańców, przedsiębiorców oraz branży gastronomicznej i turystycznej w centrum miasta? Czy jesteście gotowi na dialog ze sklepikarzami, radnymi i mieszkańcami poszczególnych dzielnic?
Mateusz (Wspólnota Hanna): Jak najbardziej, jesteśmy w pełni otwarci na dialog. Chodzi właśnie o to, by rozmawiać i konfrontować różne punkty widzenia. Kluczowe pytanie brzmi jednak: kto w obecnej sytuacji cierpi najbardziej? Cierpi ogromna liczba osób, od dzieci po uzależnionych.
Rozumiem obawy właścicieli małych sklepów, dla których alkohol stanowi główne źródło dochodu. Trzeba jednak pamiętać, że sprzedaż alkoholu to branża ściśle regulowana przez państwo, a koncesja nie jest przyznawana bezterminowo. Każdy, kto prowadzi taki biznes, musi brać pod uwagę ryzyko zmian w prawie. Ponadto dziś koszty problemu alkoholowego ponosimy wszyscy jako podatnicy. Szacuje się, że do każdej złotówki wydanej na alkohol dopłacamy kilkukrotnie więcej w postaci wydatków na służbę zdrowia, policję i straż miejską.
Nie możemy czekać, aż sprzedawcy ze swojej dobrej woli wycofają alkohol ze sprzedaży. Z papierosami też trzeba było wprowadzić nakazy ustawowe: ostrzeżenia na opakowaniach, wyższe akcyzy czy zakaz ich eksponowania. Alkohol również jest produktem niebezpiecznym i wymagającym kontroli.
Patryk Trzaska: Pojawił się też pomysł wprowadzenia dodatkowej opłaty miejskiej nakładanej na sklepy monopolowe, z której dochód przeznaczano by na edukację, sprzątanie miasta czy naprawę zniszczeń po nocnych imprezach. Co myślisz o takim rozwiązaniu?
Mateusz (Wspólnota Hanna): Jak to zwykle bywa z dodatkowymi opłatami, sprzedawcy zapewne i tak przerzuciliby ten koszt na konsumentów, podnosząc ceny. Wyższa cena alkoholu jest jakąś formą utrudnienia dostępu, ale nie rozwiązuje głównego problemu. Alkohol nadal byłby tak samo widoczny i łatwo dostępny dla dzieci. Podatki i akcyza już istnieją i mają z założenia pokrywać te koszty, a i tak nie wystarczają na naprawę szkód społecznych. Dlatego zamiast nakładać kolejne opłaty, lepiej skupić się na fizycznym odsunięciu punktów sprzedaży od szkół, kościołów i obiektów sportowych.
Patryk Trzaska: Co na koniec powiedziałbyś osobom, które wciąż się wahają i nie wiedzą, czy poprzeć Waszą inicjatywę?
Mateusz (Wspólnota Hanna): Powiedziałbym, żeby postąpiły w zgodzie z własnym sumieniem. Na tym polega demokracja. Każdy ma wolny wybór. Warto jednak wcześniej dobrze się wyedukować, poznać fakty i zobaczyć, z czym wiążą się te regulacje. Żadne prawo nie jest ustanowione na zawsze – uchwały można zmieniać i poprawiać. Zachęcam po prostu: spróbujmy i dajmy temu szansę.

Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował. Bądź pierwszy!
Nie udało się wczytać komentarzy.