Zaskakująco często odwiedzam ostatnio Kraków i co się zjawiam, to coś mnie zaskakuje. Jak nie klimat życia, to zarobki, uprzejmość, ale też nasza krakowska buta. Tym razem jednak zszokowało mnie coś pozytywnego, a mianowicie wysyp lodziarni.
– Środa? Dzień loda! – witał mnie zawsze znajomy w podstawówce i następnie szliśmy do oddalonej o jakieś 1,5 km lodziarni. Nie dlatego, że była wyjątkowo smaczna, ale dlatego, że była najbliższa.
Tymczasem dziś w Krakowie lody wysypują się zza każdego zakrętu. Osiedle w okolicach Nowosądeckiej – trzy w promieniu 200 metrów, Prądnik Czerwony – dwie w odległości 100 metrów, Nowa Huta – jakieś kultowe lody, po które w kolejce sto się czasem godzinę.
Za „moich” czasów w Krakowie wszyscy po rozpustę walili na Starowiślną i tam cierpieli stojąc w kolejce w upałach. Dziś lodziarni porównywalnych z tamtą, w samym Rynku jest pewnie z pięć.
Jakieś lody na sycylijskiej recepturze, na marokańskiej, a także tradycyjne polskie. Ale nie jakiś kręcone z automatu, ale dumnie noszące nazwę „manufaktura”. I słusznie, należy się im, bo są naprawdę smaczne. Jestem skłonna stwierdzić, że nawet smaczniejsze od hiszpańskich.
Zastanawia mnie jednak jedno – co z tymi lodziarniami stanie się w październiku, najpóźniej listopadzie? Bo te hiszpańskie będą trwały, a te krakowskie? Przekształcą się w miejsca do sprzedaży gofrów i będą udawały, że w tej materii też są specjalistami? Oby nie, bo wtedy cała magia krakowskiej lodowej różnorodności pryśnie.
Marta
zdjęcie tytułowe / fot. Pixabay
“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).



