Cześć, jestem Marta. Tak jak Ty codziennie walczyłam z krakowskimi korkami. Tak jak Ty wciągałam krakowski smog, śmiałam się z pasjonatów zapiekanek na Kazimierzu, narzekałam na ceny mieszkań. Tylko, że Ty robisz to ciągle, a ja zastosowałam się do hasła: „A gdyby tak rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady?”.
No dobra, może nie rzucić, ale na chwilę wstrzymać. I nie w Bieszczady, ale do Hiszpanii. Ale tak – w pewnym momencie powiedziałam „dość”, poczułam się przez Kraków zdradzona i wzięłam z nim rozwód. Inaczej być nie mogło, miałam po prostu dość. Wiem, że po moim wyjeździe Wawel się nie zawalił, z Wieży Mariackiej nie popłynęły marsze żałobne, a gołębie nie zaczęły fruwać przepasane kirem. Ja za Krakowem długo jednak też nie tęskniłam, bo ten detoks był mi bardzo potrzebny.
Bez pitu-pitu z palemką
Możesz traktować moje teksty (tak, będą ukazywały się cyklicznie) jako przechwalanie się próżnej baby, możesz czytać jak wpisy podróżnicze, ale spróbuj też spojrzeć na nie jak na poradnik. Zatytułuj go sobie jak chcesz („Baba wyjechała, jest szczęśliwa cała”, „Gołębie mnie wkurzają, w Hiszpanii rzadziej latają” itd.), ale pomyśl, czy czasem nie mógłbyś/mogłabyś być na moim miejscu?
U mnie zaczęło się tak: wracam z pracy po podłym tygodniu. Niby nie robię w typowej korporacji, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto w piątek o godzinie 15 dorzuci ci jeszcze kilka kejsów (na brzmienie tego słowa do dziś mam dreszcze) z krótkim hasłem: musi być gotowe na poniedziałek rano.
To oznaczało, że piątkowe popołudnie spisuję na straty, a humor na weekend uratuje tylko kilka piw lub mocny drink. Nie jakieś tam kolorowe pitu-pitu z palemką, ale najzwyklejsza wódka z colą. Podczas picia olśniło mnie: skoro mam odłożone trochę grosza, a w pracy właśnie świętują zakończenie najpilniejszych prac, to może to właśnie czas na dłuższe wakacje? Tylko nie dwa tygodnie zamiast 10 dni, ale kilka miesięcy.
Idealne rozwiązanie? Dżentelmeńska umowa
Humor na weekend wrócił, a w poniedziałek zaczęłam wdrażać plan w życie. W pracy tradycyjnie pomarudzili, ale w końcu coś przeliczyli, pokalkulowali i umówiliśmy się na kilkumiesięczny urlop bezpłatny. Z dżentelmeńską umową, że jego długość w razie potrzeby obie strony będą mogły negocjować.
I uwierzcie mi, takie rozwiązanie jest idealne. Jedziesz na dłuuuugie wakacje, ale codziennie rano nie budzisz się zlana potem z pytaniem: „za co będę żyła jak wrócę?”. Tu układ był prosty – kończy się kasa, wracam do Polski. Ewentualnie od kogoś pożyczam, ale wiem, że po powrocie mam jak te pieniądze odrobić.
Lećmy! Tylko gdzie?
Gdy w pracy dali zielone światło, zaczęło się szukanie kierunku. Skoro zaraz nadejdzie polska zima (kiedyś zwana piękną, a dziś piękna jest tylko wtedy, gdy się kończy), to trzeba zawinąć się w cieplejsze miejsce.
No to szukam:
Francja? Po angielsku nie chcą tam gadać, poza tym drogo jak diabli. Odpada.
Włochy? Niby fajnie, ale znajomi mówią, że też tanio nie jest. Odpada.
Portugalia? Pięknie, ale jednak daleko. Do rozważenia.
Hiszpania? Hmmmmm, spróbujmy.
Na pierwszy ogień oczywiście Barcelona. Miasto piękne, latają tam tanie linie lotnicze, a to istotna rzecz. W końcu trzeba się tam jakoś przetransportować, do tego dojdzie powrót do Polski np. na święta. Poza tym w końcu człowiek zatęskni za rodziną i przyjaciółmi, a łatwiej będzie ich ściągnąć za 200 zł do Barcelony niż za 1200 np. na Islandię.
Pod lupą Barcelona nie okazała się jednak aż tak atrakcyjna, bo duże miasto oznacza wyższe ceny. Sensowne mieszkania zaczynały się od 800 euro za miesiąc, a i tak nie miały fantastycznej lokalizacji. Do tego trzeba doliczyć bilety na komunikację miejską i ogólne koszty życia w mieście, gdzie niemal cały czas trwa tzw. wysoki sezon. Kartka oraz kalkulator w rękę i pięć minut później wiedziałam, że nie stać mnie na miasto udekorowane przez Antonio Gaudiego.
Ludzik, kamerki i decyzja
Kombinuję dalej. Madryt też drogi, Malaga zbyt betonowa, na Majorce się uziemię i nic więcej nie zobaczę. W końcu znajduję Alicante i zaczyna się standardowa procedura:
- czytanie notki w Wikipedii („Alicante oznacz źródło światła” – zabrzmiało nieźle w ponury krakowski poranek)
- przeglądanie zdjęć (takie jak to poniższe nie zniechęcało)
- szukanie znajomych, którzy już tam byli
Znalazło się ze trzech, a jeden wskazał nawet dokładną lokalizację. Wskoczyłam więc na GoogleMaps, przeszłam się po okolicy tych ich ludzikiem i wiedziałam, że miasto warte jest szczegółowej analizy. Szczególnie, że na kamerkach ludzi wylegiwali się na plaży, a za moim krakowskim oknem pałętały się tylko psy. I to te bezdomne, bo żaden normalny właściciel w taką pogodę nie wyprowadziłby czworonoga.
W końcu w ruch poszły przewodniki, blogi, filmy na youtube i decyzja – jadę tam, przynajmniej na pierwszych kilkanaście dni. Jeśli nie wypali, wracam na start. Ale decyzja zapadła – Krakowie żegnaj, smogu radź sobie bez moich płuc. Bilet na 18 listopada kupiony.
Marta
zdjęcie tytułowe Foter.com
„A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).




