Lubię lesbijki. Szczerze kręci mnie, jak dwie kobiety się całują. Tak, jestem męską, szowinistyczną świnią i myślę wtedy o tym, żeby się dołączyć. Ale już samo patrzenie sprawia, że jest względnie fajnie. Nawet jak jedna z tych dwóch wygląda jak chłopczyca (niestety życie to nie film porno, więc zazwyczaj co najmniej jedna wygląda jak chłopczyca) nie mam z tym problemów.
Ba, mnie nawet nie przeszkadzają całujący się chłopcy. Nie powiem, że mnie kręcą, ale nie mam też odruchów wymiotnych. Co więcej, nie miałbym aż tak wielkich oporów, gdyby nasze języki (mój i tego gościa) spotkały się w miłosnym uniesieniu, bla bla…
Posunę się (zbieżność słów przypadkowa) dalej i zdradzę Wam, Drodzy Czytelnicy, że z coraz większą sympatią, a nawet i lekką dozą podniecenia patrzę ostatnio na posuniętego już ze stołka w MON pewnego Misia. Fajny chłopiec. Niechętnie, ale się przyznam, że moje chore fantazje zaprowadziły mnie do momentu, w którym zastanawiałem się, czy podczas spotkania z byłym już (prawie)ministrem, używałbym strony biernej czy czynnej. Oczywiście mówimy o języku. Polskim.
Nie chcę się chwalić, Drodzy Czytelnicy, moimi seksualnymi fantazjami, bo nie o to w tym wywodzie chodzi. Chcę Wam pokazać, że generalnie jestem otwarty, tolerancyjny, lekko praktykujący i na tyle zboczony, że myślę o Misiu. Ale do szału doprowadza mnie, jak ludzie – w imię ch*j wie czego – łażą po ulicach i manifestują ch*j wie co, domagając się równości. Więcej o tym możecie przeczytać tutaj:
Lesbijki, geje, biseksualiści, transseksualiści ruszą w Kraków
Tym bardziej, że jakiegoś wielkiego problemu geje, lesbijki i inni, szczególnie w Krakowie, nie mają. Chodzą sobie po Kazimierzu czy Rynku, obmacują się w miejscach publicznych, trzymają za różne narządy na środku ulicy i… żyją. Ich zachowanie niczym nie różni się od uprawiającej w jakiejś bramie seks pary heteroseksualnej. Jednych to gorszy, drudzy mają to gdzieś, a jeszcze inni chcą się przyłączyć.
Problem w tym, że wszelkiej maści homosie (bardzo lubię to słowo, wszak – moim zdaniem – jest baaaardzo pieszczotliwe) na siłę próbują zwrócić na siebie uwagę i wmówić ludziom, że są fajni. Część z nich pewnie jest, a część to zwykłe głąby i ich orientacja seksualna nie ma nic do rzeczy. W każdym środowisku są zarówno porządni obywatele, jak i patafiany szukający rozgłosu.
Generalnie w życiu tak jest, że jak się łazi za czymś bez celu, to tego celu się nigdy nie osiągnie. Więc ci od Marszu Równości idą sobie już 13(!) raz i sami pewnie nie widzą po co. – Żeby to święto różnorodności i akceptacji trwało nie jeden dzień, a cały rok – piszą organizatorzy akcji. Drodzy Homosie, dla mnie to Wy jesteście bardzo równi, naprawdę. 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku. Kocham Was, z niektórymi mogę się nawet przespać, a innych pocałować w trąbkę. Na resztę mam wywalone, jak mówi młodzież. Czyli jesteście mi obojętni tak samo, jak inni Wasi heteroseksualni koledzy.
Mój serdeczny kolega, który uczył mnie, co to znaczy być gejem (dziękuję Ci Darku za te cudowne 17 minut), sam o sobie mówi, że jest zwykłym pedałem, bo wkurzają go homosie, co łażą po mieście i manifestują, że chcą się bezkarnie bzykać. – Przecież ja się bzykam codziennie z innym pedałem, którego wyhaczę sobie na jakimś portalu i nikt mi tego nie zabrania. Czuję się równy bez jakiekolwiek marszu – mówi Daruś – Czaruś.
Więc zastanawiam się, o co w całym tym marszu chodzi?
Pewnie o ch*j chodzi. I to dosłownie. Tylko po co dorabiać do tego ideologię i wzniosłe hasła o równości?!
Łukasz Mordarski
Zdjęcie tytułowe: Pixabay
Teksty publikowane w dziale Publicystyka są prywatnymi opiniami autorów. Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami lub wyrazić swoje zdanie na naszym portalu? Napisz: [email protected].
Zobacz także:

Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował. Bądź pierwszy!
Nie udało się wczytać komentarzy.