Trąbią, cofają, wjeżdżają, wyjeżdżają, mijają się na szerokość lusterek – tak wyglądał 2 września w Krakowie. Czy nasze dzieci muszą być podwożone pod same drzwi szkół i przedszkoli? – pisze Marta, która wyjechała z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.
Początek września od zawsze kojarzył mi się ze sklepowymi kolejkami za zeszytami, ulicami zapchanymi dziećmi i młodzieżą oraz klimatem powrotu z wakacji. Teraz, gdy o nim myślę, czuję w powietrzu zapach spalin i słyszę trąbienie klaksonu.
Dwa samochody na jedno dziecko?
2 września akurat miałam kilka załatwień w mieście, więc siłą rzeczy przechadzałam się obok szkół czy przedszkoli. Może i było tam sporo dzieci, ale ich nie widziałam, ponieważ zasłaniały mi… samochody. Było ich tyle, że miałam wrażenie, że każdy rodzić przyjechał jednym, co dawałoby dwa auta na dziecko.
Mało tego – wszyscy pchali się pod same drzwi! 100 – 200 metrów od bram szkoły widać było puste miejsca parkingowe, ale kto by tyle przeszedł? Nie wiem, czy rodzice chcieli pokazać się pod oknami szkoły samochodami, czy też dzieci wywierały na nich presję wjechania aż po schodach placówki. Wszyscy jednak gnietli się niemiłosiernie.
Ktoś wyjeżdżał, ktoś wjeżdżał, ten cofał, tamten zawracał. Kierunkowskazy, mruganie światłami, zdarzały się nawet klaksony. A między tym dzieci, które jednak 30 metrów musiał jakoś pokonać. Może było to tylko złudzenie, ale wydawało się, że przyjście na nogach lub przyjechanie autobusem na pierwszy dzień szkoły to obciach.
Winne miasto?
W Hiszpanii takie armegedonu nie ma, choć nie uważam, by Hiszpanie byli mniej wygodni. Dlatego zastanawiam się – może to z naszymi szkołami coś jest nie tak? Może źle je projektujemy, nie zostawiając wystarczająco dużo miejsca na parkingi? A może brakuje stref w stylu „kiss and ride”? A może rejonizacja jest tak fatalna, że nie ma innej możliwości niż dowiezienie dziecka samochodem?
Tego nie wiem, ale jestem przekonana, że jeśli już nastolatka będziemy za każdym razem podwozili pod same drzwi szkoły, to nie ma się co spodziewać, że gdy dorośnie, to łaskawym okiem spojrzy na MPK, o rowerze czy hulajnodze nie wspominając.
Marta
“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).
To przyzwyczajenie kiedyś nas zabije. Krakowianie, opamiętajcie się!



