Szybkie fakty

Kategoria Krakówek
Data 14 grudnia 2017
Czytanie ~3 min
Krakówek · 14 grudnia 2017 · 3 min czytania

Wejście do raju kosztuje 400 zł. Krakowianie walą tam nałogowo

Autor: Michał Lop Aktualizacja: 14.12.2017 Lokalizacja: Kraków

Zimno, nieprzyjemnie, ciemno, a do tego śmierdzi. Koniec marudzenia, czas coś z tym zrobić. Klik, klik, klik. Jest! Bramy raju stają otworem, a nad nimi napis: „Teneryfa” – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Zanim wylejecie na mnie pomyje z wiadra z napisem: „Gówniara wyjechała i pluje na Kraków”, to spójrzcie na to z inne strony – wielu z Was może sobie na to pozwolić, a ja Was tylko do tego zachęcam.

Akcja była prosta – dość zimna, pluchy, smrodu. Zawijamy się! Byle było ciepło, w miarę tanio, a lot nie miał 87589759 przesiadek. Gdyby to wszystko dało się wrzucić w opcje filtrowania, wybór zostałby bardzo ograniczony.

Tylko jeden minus

Myśleliśmy o Cyprze, po głowie chodziła Madera, ale wygrała Teneryfa. Cenami, pogodą, atrakcjami. I dobrze, że wygrała.

Kluczowa sprawa – łatwość dostępu. Lot z Krakowa, więc prościej być nie może. Dalej – cena. Niektóre były kosmiczne, ale przy elastyczności urlopów udało się coś fajnego wykombinować. Listopad, dwa tygodnie, lot za 400 zł w obie strony – to nie jest chyba zbyt wygórowana cena za bilet do raju.

W tej całej logistyce był jeden minus – lot trwał ponad 5 godzin. Dla człowieka wyposażonego w laptop, książkę i poduszkę, to bułka z masłem. Gorzej z tymi, którzy przez pięć godzin musieli zabawiać dzieciaki.

Za to czas spędzony na Teneryfie – bezcenny. Atrakcji nie będę Wam wymieniała, bo o wulkanach, parkach, roślinności, górach i jedzeniu przeczytacie sobie w przewodnikach. Pamiętacie jednak denny reality show pt. „Dwa światy”? No to moi najbliżsi i znajomi dwa tygodnie spędzali w domku wiejskim w Krakowie, a ja w wypasionej willi na Teneryfie.

Tanie wino

Oczywiście, że każde wakacje są super, ale chodzi o to, że tylko w takich miejscach jak Teneryfa zimą są one tak odmienne od Krakowa. Latem i pod Wawelem, i w Rzymie/Paryżu/Lizbonie jest gorąco. Ale zimą różnice między Krakowa a Teneryfą są ogromne.

O godz. 16 dzwonią skypem rodzice. U nich ciemno, ja odbieram nad basenem i o wieczorze nawet nie myślę, bo ściemniać zacznie się za jakieś trzy godziny.

A jak już się ściemni, to siadam na balkonie i z przyzwyczajenia sprawdzam telefon. Siedzę w letniej sukience, a wyświetlacz pokazuje „Kraków: -1 stopni”. Też z przyzwyczajenia odpalam aplikację smogową: po Krakowie i okolicach czerwone kropki gonią się z bordowymi jak w jakiejś grze, a mi w nozdrza wbija się morska bryza.

Rano hasło: „Idziemy na spacer”. Normalnie znajomi zbierają się dobre pół godziny strojąc dziecko w kombinezon, czapkę, szalik i rękawiczki, a przy tym wszystkim modlą się, by w tym czasie maluch nie wykombinował czegoś, co spowodowałoby powrót na start, czyli na przewijak. Na Teneryfie akcja „spacer” zabierała za to 5 minut, bo dziecko jak stało, tak szło.

Można też o siebie zadbać. W Krakowie chowam się w domu przed chłodem i smrodem, na Teneryfie nabijałam kilometry biegając, o pływaniu w basenie i ocenie nie wspominając (może nie jest to największe przyjemność dla zmarzluchów, ale da się wytrzymać).

O smaku taniego wina (które nie smakuje jak polskie tanie wino) i tanich ryb (które nie smakują jak nasze mrożonki) nawet nie chcę Wam wspominać.

Bo przy tych wszystkich zachętach musicie pamiętać też o cenach. Wynajem to kwestia indywidualna- może to kosztować kilkaset złotych za dobę, a może być za darmo, bo znam takich, co na krótki czas wymieniają się mieszkania z obcokrajowcami (może ktoś z Teneryfy marzy, by zobaczyć śnieg?).

Nie spłukacie się też w sklepach czy restauracjach. Obiad można zjeść już za 6 euro, a ceny w marketach jeśli są wyższe, to może o góra 20 proc.

Być może to wszystko sprawia, że mój samolot do i z Teneryfy był napchany jak słoik ogórków, bo krakowianie walą tam drzwiami i oknami. 200 osób chciało tam czmychnąć, ale dziwię się, że 200 też wróciło. Ja na ich miejscu bym została – jeśli nie na stałe, to chociaż na zimę.

Marta

fot. Pixabay

“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Zimny, śmierdzący, szaro-bury Kraków został opętany siecią. Wskoczyliśmy do XXII wieku!

Reklama