W przeciwieństwie do krakowskiego pigalaka, w Brukseli prostytutki stoją na ulicy całą dobę – rano, wieczór, we dnie, w nocy. Masz ochotę, wychodzisz z hotelu i… za 20, 30 lub 50 euro możesz spełnić swoją zachciankę w pierwszej lepszej bramie – pisze nasz dziennikarz Łukasz Mordarski.
Jak już wiecie z poprzedniego tekstu
Chłopak z podkrakowskiej wsi zszokował mieszkańców USA i podbił internet! „WOOOOOOW!!!”
udałem się ostatnio na podbój Brukseli. Wyjazd przerodził się bardziej w niskobudżetową seks-turystykę niż – co pierwotnie zakładałem – ogólnoświatową politykę uprawianą w stolicy Europy. Cóż, każdy robi to, co lubi. Ja wolę szczere oddanie się temu, co robią stojące na ulicach dziwki, niż zakłamane ku**y pospolite, które w dużej liczbie zasiadają w europarlamencie.
Pośród tych sympatycznych ulicznic trafiłem na Polkę. Krakowiankę. Pani Ania ma grubo ponad czterdzieści lat i od siedmiu przechadza się po brukselskich ulicach w poszukiwaniu chleba. Ten zapewniają jej klienci, którzy akurat chcą rozładować swoje napięcie emocjonalne, w czym pani Ania skutecznie im pomaga.
– Stoję tu cały dzień i mam od sześciu do ośmiu klientów – mówi mi kobieta. W przeciwieństwie do krakowskiego pigalaka, w Brukseli prostytutki stoją na ulicy całą dobę – rano, wieczór, we dnie, w nocy. Masz ochotę, wychodzisz z hotelu i… za 20, 30 lub 50 euro możesz spełnić swoją zachciankę w pierwszej lepszej bramie. No ale tekst ten nie jest poradnikiem dla krakowskich turystów (tak na marginesie z Kraków Airport dolecicie do Brukseli za grosze), więc oszczędzę Wam, Drodzy Czytelnicy, dalszych opisów w stylu: jak „poderwać” dziwkę w Brukseli.
Wróćmy do Pani Ani. – Ceny za moje usługi może nie są wysokie, ale i tak idzie wyżyć lepiej niż w Polsce. Chociaż konkurencja jest spora. Niektóre to nawet loda za 10 euro zrobią. A za tyle to w niektórych knajpach nawet obiadu nie zjesz – irytuje się krakowska emigrantka.
Nie wygląda jednak na zaniedbaną. Pomalowane paznokcie, mocny makijaż, raczej poprawna, a na pewno świeża fryzura. – W Krakowie nie dało się zarobić? – dopytuję.
– Gdzie tam. Pracowałam na kasie i dostawałam grosze. Miałam na utrzymaniu córkę, ale jak wyjechała to nic mnie już nie trzymało, więc przyleciałam tutaj. Najpierw pracowałam w hotelu, jako sprzątaczka. Ale później nie miałam gdzie mieszkać, ledwo wiązałam koniec z końcem i wylądowałam na ulicy. Zaczęłam się puszczać i teraz stać mnie na to, żeby i na wakacje sobie pojechać – zwierza się.
– Trafiasz na Polaków?
– Gdzie tam. Jest ich sporo, co chwilę słychać polski język, ale nie chcą dawać 30 euro za seks na ulicy. W przeliczeniu na złotówki to sporo za numerek w bramie. Wolą się upić belgijskim piwem.
– Długo zamierzasz tak pracować?
– Od dwóch lat sobie powtarzam, że to koniec, ale jakoś nie mogę skończyć. Ciągle na coś brakuje.
– A nie możesz iść do innej pracy?
– Bez języka? – odpowiada pytaniem na pytanie krakowianka. – Nie umiem mówić płynnie po francusku, a to podstawa. Mogę sprzątać, ale to nie dla mnie. To są małe zarobki. Tutaj przynajmniej wiem za co daję du*y.
– A planujesz wrócić do Krakowa?
– Po co? Tam tego nie mogłabym robić.
– Ale mówiłaś, że z tym skończysz.
– Skończę. Ale do Krakowa nie wrócę. Po co? – powtarza pytanie pani Anna. – A ty nie chciałbyś wspomóc polskiej dziwki na obczyźnie? – uśmiecha się zalotnie.
Nie chciałem. Bom centuś.
Jutro kolejny tekst naszego korespondenta z Brukseli.
Łukasz Mordarski, Bruksela
zdjęcie tytułowe / fot. Foter.com
Rowerowi terroryści, won do Amsterdamu! Albo pozwólcie się zjarać



