– W wielu mieszkaniach pocałował klamkę? Pewnie tak, ale w grę wchodzi także inne rozwiązanie – przemykał przez te domostwa z prędkością pendolino. U mnie rozpędził się tak bardzo, że nie jestem pewna, czy poświęcił wodę – pisze o duszpasterskiej wizycie księdza Marta, która wyjechała z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews.pl porównuje życie w obu miejscach.
Na wstępie: co roku w okresie okołoświątecznym jestem w Krakowie i – jeśli jest okazja – przyjmuję księdza, więc antyklerykalizmu zarzucić mi nie możecie. Piszę to wszystko raczej z obawy, że jeśli nic się nie zmieni, to chętnych do wpuszczania duchownych do mieszkań z roku na rok będzie coraz mniej.
A teraz do rzeczy. Byłam dokładnie 53. mieszkaniem na liście księdza. Obawiałam się, że dojście do mnie zajmie duchownemu jakieś 5-6 godzin, licząc, że w każdym domu zatrzyma się średnio 10 minut. Tymczasem ksiądz u mnie zameldował się już po 2 godzinach!
W wielu mieszkaniach pocałował klamkę? Pewnie tak, ale w grę wchodzi także inne rozwiązanie – przemykał przez te domostwa z prędkością pendolino.
U mnie rozpędził się tak bardzo, że nie jestem pewna, czy poświęcił wodę. A jeśli to zrobił, to w rekordowym tempie. Później kilkudziesięciosekundowa modlitwa i zasiadnięcie do stołu, ale już jakby w pozycji startowej. Wspólna kolęda? Nie. Pytanie o problemy? Nic z tych rzeczy.
Ksiądz szybko podpisał trzy obrazki, a następnie zapytał chrześniaka czy jest grzeczny, jakby był świętym Mikołajem, który zaraz rozda prezenty. Na moje dwa pytanie dotyczące parafii odpowiedział tak zdawkowo, że trzeciego nie miałam już ochoty zadawać. Skończyłoby się albo kolejnym spuszczeniem mnie po brzytwie, albo moją agresywną odpowiedzią. Tylko na co to komu?
Później ksiądz odebrał kopertę, na szybkości rzucił „Szczęść Boże” i już pukał w drzwi sąsiada.
I co po nim pozostało? NIestety, ale przeświadczenie, że mi nigdy tak szybko nie uda się zarobić 50 zł. I myśl, że księdza podejmują już raczej z przyzwyczajenia, a nie duchowej potrzeby. Bo ze sferą duchową te wizyty – przynajmniej w mojej parafii – od dawna nie mają już nic wspólnego.
Marta
“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).



