„A gdyby tak…”: Walczmy z prostactwem! Wypróbuj tylko jedną rzecz

Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakie to proste. Możemy latami mijać się na na klatce schodowej, parkingu czy osiedlowym warzywniaku i udawać, że się nie znamy. Oni robią to jednak inaczej – wystarczy jedno magiczne „hola” i już żyje się tu dużo przyjemniej – pisze Marta, która wprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i dla KRKnews.pl porównuje życie w obu miejscach.

Nie wymagam od nas – Krakusów i Polaków – ciągłego uśmiechu na ustach, zachwytów nad drobnostkami i wpadania w ekstazę z byle powodu. Wiem – nie jesteśmy południowcami, nie mamy tyle słońca, a poza tym przez całe życie musimy zmagać się z tysiącami problemów dnia codziennego. W szukaniu takich wymówek,to my akurat jesteśmy całkiem dobrzy.

Co u Jolki? Co u Jurka?

A teraz odpowiedz mi drogi Krakusie: dlaczego panu Mirkowi z czwartego piętra nie mówisz „dzień dobry”? Czemu udajesz, że nie znasz pani Joli z klatki obok, choć codziennie widujecie się w piekarni? Albo czemu obcy ci mieszkający tuż pod nosem pan Jurek, skoro nawet wasze psy podczas spacerów zdążyły się już poznać jak łyse konie?

Nie, sąsiad to nie musi być przyjaciel. Ba, w Wigilię nie musisz życzyć mu wesołych świąt, a w Wielkanoc dzielić się święconką. Zastanów się tylko, czemu Ty najnormalniej w świecie nie mówisz mu „dzień dobry”, choć z widzenia znacie się kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt lat?

W Hiszpanii jest niepisana norma – żyjesz z kimś na jednym osiedlu (na ogół zamkniętym, w którym znajdują się 2-3 bloki, ale jednak cały czas osiedlu), to znaczy, że powinieneś go jakoś pozdrowić. „Hola” , „buenos dias”, „que tal?” – obojętne jak, byle zwrócić się do kogoś, wypowiedzieć (w Krakowie mam wrażenie, że raczej „wypluć”) słowo lub dwa. A jak już do kogoś się odzywasz, to raczej nie z nienawiścią w oczach, ale czasem możesz zdobyć się na uśmiech.

A jak już jest życzliwie, to z czasem ktoś zagadnie: „jak minął dzień?”, „co słychać u dziecka?”. Mnie na przykład człowiek sprzątający tu osiedle (od pierwszego dnia byliśmy na „hola”) zwrócił uwagę, że parkuję samochód w niebezpiecznym miejscu, że nazajutrz zapowiada się bardzo wietrzny dzień, i że wkrótce w centrum odbędzie się wspaniała fiesta, której nie mogę przegapić.

Pewnie byłoby mu trudniej o tym powiedzieć, gdybym była panią Martą, którą widuje niemal codziennie od 10 lat, ale której ani razu nie skinął nawet na powitanie. A tak już pierwszego dnia lody zostały przełamane.

Podobnie jak ze starszą panią z czwartego piętra, która już zaprosiła mnie na herbatę oraz sąsiadami z naprzeciwka, którzy zapewniają, że w razie jakichkolwiek problemów służą pomocą. – Wiesz, wynajmujesz mieszkanie od Carlosa, a to równy gość, więc w razie czego możesz na nas liczyć – podkreślali.

Pani pożyczy cukier

Nie wiem, czy to zasługa ogólnej życzliwości i tego magicznego „hola”, ale tu ludzie żyją jak w wielkim, wielorodzinnym domu, a nie noclegowni pełnej obcych. Potrafią bawić się na osiedlowych piknikach i wspólnie wynajmować animatora dla dzieci (by rodzice mogli napić się piwa i w efekcie bliżej poznać), a u nas często sąsiada z tej samej klatki traktujemy, jakby wprowadził się wczoraj i to na góra dwa dni.

W Polsce nie myślę już nawet o czasach, gdy sąsiedzi pożyczali sobie cukier, pamiętali o swoich imieninach (znasz w ogóle imiona swoich sąsiadów?) czy wspólnie dłubali przy samochodzie, co nazajutrz na ogól kończyło się kacem. Powiedzmy sobie tylko „dzień  dobry”, reszta już sama się potoczy. Może dzięki temu zyskasz kogoś, kto pod Twoją nieobecność rzuci okiem na mieszkanie, odbierze pocztę, albo dwa razy zastanowi się, zanim podczas imprezy wezwie policję.

Marta

fot. Foter.pl

“A gdyby tak…”  to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

„A gdyby tak…”: Zdradzona w Krakowie! Konsekwencje nie mogły być inne

Najnowsze

Co w Krakowie