– Ustalny jedno: dziwne wcale nie oznacza, że złe. Ja jednak była zdziwiona tym, w jaki sposób dziś rodzice załatwiają prezenty z okazji Dnia Świętego Mikołaja – pisze Marta, która wyjechała z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews.pl porównuje życie w obu miejscach.
W Hiszpanii może tego nie ma, choć przyznam szczerze – wcale o to nie pytałam. No bo wydawałoby mi się to trochę dziwne, by zagadnąć kogoś ze znajomych: „Ej, a Mikołaj Twoim dzieciom to przynosi zabawki nowe czy używane?”.
Samochodzik w Nowej Hucie, lalka w Bieżanowie, klocki na Kazimierzu
W moim domu roiło się od rzeczy po kuzynkach, kuzynach i znajomych. I to też było fajne – wpadało się do kogoś do domu i „pożyczało” coś na wieczne oddanie. Mikołaj to było jednak coś innego. On pachniał świeżością, był jedyny w swoim rodzaju. Prezenty od niego był dedykowane tylko dla mnie. Nikt wcześniej (a często także nikt później) nimi się nie bawił.
Tyle, że to było trochę lat temu. Dlatego tym bardziej zdziwiłam się, wsłuchując się w rozmowę koleżanek, które wnikliwie planowały mikołajkowe zakupy. Samochodzik w Nowej Hucie, lalka w Bieżanowie, klocki na Kazimierzu. I nie, one nie mówiły o sklepach, ale o ludziach, których wyszukały w internecie, by kupić od nich używane zabawki.
Zrobiłam wielkie oczy słysząc, że dziś Mikołaj zaopatruje się na aukcjach internetowych z używanymi rzeczami. Zaczęłam więc lekko drążyć temat i okazało się, że to już właściwie norma. Więcej – dzieci koleżanek w taki sposób uczą się nawet przedsiębiorczości, bo same wskazują zabawki na sprzedaż, ustalają ceny, a następnie decydują o przeznaczeniu zarobionych pieniędzy.
5 sekund i w kąt
– Wiesz Martuś, byle czego nie można dać. Zabawka nie może być uszkodzona, zniszczona, pobrudzona. A jeśli nie ma oryginalnego opakowania, to co z tego? Dzieci i tak rozrywają je w 5 sekund i rzucają w kąt. Dla dzieci używana zabawka to żadna różnica, a dla nas spora oszczędność – argumentowała jedna z przyjaciółek.
I w sumie miała rację, choć ja dziś nie chciałabym się dowiedzieć, że moja ukochana Doris, wcześniej była ukochaną lalką kogoś innego…
Marta
“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).
To najgorsza szafka w każdym domu, topione są tam tysiące złotych! Musimy za to płacić?!



