– Dziesiątki syropów, dziesiątki maści, dziesiątki innych medykamentów. Uginające się półki, nie domykające szafki. Leki, leki, wszędzie leki – pisze Marta, która wyjechała z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews.pl porównuje życie w obu miejscach.
Nie grzebię Hiszpanom w szafkach, do lekarza też na szczęście nie mam po co chodzić, więc na własnej skórze nie stwierdzę, czy między nimi a nami jest medykamentowa przepaść. Na własne oczy przekonałam się za to, że w szafce z lekami w wielu polskich domach utopione są tysiące złotych!
I chodzi głównie o domy, gdzie są dzieci. Być może u emerytów i osób przewlekle chorych sytuacja wygląda podobnie, ale moje „śledztwo” dotyczyło domów, gdzie mieszkają dzieciaczki.
Wyniki „śledztwa”? Dziesiątki syropów, dziesiątki maści, dziesiątki innych medykamentów. Uginające się półki, nie domykające szafki. Leki, leki, leki.
Pierwszy raz zobaczyłam to u mojej siostry.
– W szafce koło zlewu leży syrop wykrztuśny dla Jasia. Podaj go proszę – zagadnęła kiedyś.
Otworzyłam szafkę i przeraziłam się. Cała, ale to dosłownie cała szafka w lekarstwach. Nie wiesz, gdzie czego szukać? No to kwadrans nie twój. Zaczęłam więc podpytywać siostry, czy na pewno tego wszystkiego potrzebuje. Ale delikatnie, bo widać, że to temat drażliwy. Temat, który sprowadzał się do prostego stwierdzenia: „Nie wiem, nie znam się na tym. Lekarka zapisała, to kupiłam. A co, mam na dziecku oszczędzać?!”.
Gdy emocje opadły, okazało się jednak, że siostrzeniec po raz kolejny jest chory na to samo i po raz kolejny trzeba wykupić całą listę leków. Siostra nie wie, czy je posiada, a lekarze też nie sprawdzają, czy dziecko w ostatnich miesiącach miało taki medykament zapisany.
Tym bardziej siostra nic nie wie o zamiennikach, a lekarz tym bardziej nie ma obowiązku sprawdzać, czy taki zamiennik już kiedyś jej zapisano. Efekt? Sterty lekarstw. Z opakowania 30 tabletek wziętych kilka. Z buteleczki syropu upita ledwie szyjka – tak przy niemal każdym medykamencie.
I tak będą stały w tej półce do czasu aż siostra nie zrobi generalnego porządku i nie sprawdzi dat ważności. Wtedy okaże się, że leki się dublowały lub zamienniki można liczyć w dziesiątkach. A każdy lek to często kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt złotych. I często drugie tyle dopłacane z kasy państwa.
Interes firm farmaceutycznych kręci się więc na dobre, tylko czemu musimy bezsensownie pakować w niego nasze pieniądze?
Marta
“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).



