Kokosy, kokosiki… Chyba nikt tak łatwo nie zarabia tak wielkich pieniędzy!

fot. Pixabay

Gdy szukałam w Krakowie mieszkania, to cisnęło mi się na usta jedno: „złodziejstwo!”. Okazuje się jednak, że w Hiszpanii nie jest dużo lepiej – pisze Marta, która wyjechała z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews.pl porównuje życie w obu miejscach.

Już przyzwyczaiłam się, że krakowski rynek nieruchomości stoi na głowie. Z trudem można znaleźć małą klitkę do kupienia poniżej 300 tys. zł,  wyczynem jest też wynajęcie czegoś większego poniżej 2 tys. zł miesięcznie. Słowem – trzeba zarabiać zdecydowanie powyżej średniej krajowej, by w Krakowie godnie mieszkać (w kupionym lub wynajętym mieszkaniu).

Trudno, takie miasto. Akceptujesz lub przeprowadzasz się do Pacanowa. Prawo rynku. Nie jestem jednak w stanie zaakceptować działań pośredników nieruchomości, a niestety często się z nimi spotykam.

Kosmiczna kasa

Właśnie – często, choć wcale nie chcę. Znajduję w internecie ofertę, dzwonię, rozmawiam, wszystko wydaje się OK, gdy nagle słyszę: „tylko to jest oferta biura nieruchomości”. Więcej słyszeć nie chcę, bo wiem, co się za tym kryje.

Za wystawienie takiego mieszkania w internecie i pokazanie go paru osobom, pośrednik zedrze ze mnie wartość miesięcznego czynszu i tyle samo od sprzedającego. Biorę mieszkanie na 12 miesięcy, a pośrednik kasuje na tym jakieś 4 tys. zł. I nie tyra na te pieniądze półtora miesiąca na budowie, tylko wystawia ogłoszenie i jeździ z klientami. Kosmos.

Jeszcze bardziej absurdalne kwoty padają przy sprzedaży. Wezmą 3 proc. od sprzedającego, 2 proc. od kupującego. Sumują i wychodzi, że za mieszkanie warte 300 tys. kasują… 15 tys. zł! OK, pomogą jeszcze przy papierkach, ale za 15 tys. zł, to ja bym te papierki mogła lewą ręką przepisywać kropka w kropkę.

Uprzejmie i bez prowizji

Dlatego niemiło zaskoczyła mnie Hiszpania, gdy ostatnio poszukiwałam mieszkania. Na krótko, żeby przeskoczyć na chwilę w ciepły klimat. Niestety, w zimie Hiszpanie opiekę nad nieruchomościami wolą zostawiać pośrednikom. Efekt? Za kilka tygodni miałam zapłacić 1,5 tys. zł samej prowizji! Do tego po drugiej stronie trafiłam na kogoś mało pomocnego, wręcz opryskliwego.

Miałam wrażenie, że żaden właściciel czy właścicielka w taki sposób by mnie nie potraktował, a jedno byłoby pewne – od niego wzięłabym to mieszkanie. Bez zbędnych opłat i nieuprzejmych rozmów.

Marta

“A gdyby tak…”  to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Smog zaatakował, ludzie powariowali. Krakowianie, co się z Wami dzieje?!

Zobacz także