Kraków wyprzedził „wielką” Europę! W sklepach nie ma już tych przykrych sytuacji

fot. Pixabay

„Można płacić kartą?” – w Polsce takie pytania padają coraz rzadziej, tymczasem w Hiszpanii zabijają za nie wzrokiem, a później śmiechem. Jeden terminal przypada tu chyba na jedną miejscowość, a jeden działający to już na cały region – pisze Marta, która wyjechała z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews.pl porównuje życie w obu miejscach.

Gdy kiedyś chciało się dać komuś do zrozumienia, że nie nadążą za nowinkami technicznymi, to rzucało się hasło, że jest „daleko za murzynami”. Dziś poprawność polityczna jest w cenie, poza tym określenie rzeczywiście nie było zbyt ładne, więc proponuję zastąpić je hasłem: „daleko za Hiszpanami”. A to oznacza, że rzeczywiście bardzo daleko, szczególnie jeśli chodzi o podstawową dziś czynność wykonywaną w Krakowie przez setki tysięcy ludzi.

Nieprzyjemne sytuacje

Sklep? Bip i gotowe. Parkomat? Bip i po sprawie. Autostrada? Bip i jazda. Dziś kartą płacimy kilka, jeśli nie kilkanaście razy dziennie. Portfeli nie mamy już wypchanych banknotami, tylko nosimy jeden, dwa, a nawet trzy plastikowe prostokąty. Płacimy nimi niemal wszędzie, bo tak jest wygodniej i szybciej.

Przed laty było trochę inaczej, bo część sklepów kart nie przyjmowała lub pozwalała płacić od pewnego limitu. Wówczas sytuacja robiła się nieprzyjemna, bo po nabiciu rachunki okazywało się, że całą transakcję trzeba jednak cofnąć. Groźne miny sprzedawców, narzekania w kolejce, czasem szyderstwa. Słowem – nic przyjemnego.

A dziś? Rozmowy przy ladzie wyglądają tak:

– Nie ma pan drobniej.

– Nie.

– Ale ja nie mam wydać.

– To już nie mój problem.

– A to karty Pan nie ma?

Żadnych limitów, zakazów, patrzenia jak na kosmitów z plastikiem w ręce. Karta tak nam wrosła do dłoni, że równie dobrze możemy sobie ją wchipować pod skórę.

A w Hiszpanii? Kartę mało kto tu nosi, bo w niewielu miejscach można nią płacić. A jak już można, to kłopotów często co nie miara. To się terminal nie łączy, to kwota za niska, albo karta nieodpowiednia.

Sklep, fryzjer, mechanik…

Na autostradach polskich kart automaty nie chcą przyjmować, a to już spory problem, bo jak już wjedzie się w miejsce, gdzie istnieje tylko możliwość takiej płatności, to wycofanie się grozi paraliżem autostrady. Poza tym nie zawsze każdy ma przy sobie 50 euro, a czasem nawet więcej za autostradę trzeba zapłacić.

Albo spróbujcie za śniadanie kosztujące 2,5 euro zapłacić kartą. Kelner najpierw zabije śmiechem, a później wzrokiem. To samo u fryzjera, gdzie szczytem techniki jest kasa fiskalna. Albo u mechanika, gdzie pieniądze leżą na kupce utytłane smarem. Wszędzie tylko szelest banknotów i brzęk monet. I nie zanosi się, że szybko miało się to zmienić.

Dla Hiszpanów karta płatnicza to bowiem szczyt techniki.

Marta

“A gdyby tak…”  to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

W odrażających warunkach ludzie tracą grube tysiące. Czy w Krakowie tak to musi wyglądać?

Zobacz także