„Normalni” znów napiszą, że się czepiam, i że jeśli mi nie pasuje, to mogę zmienić obywatelstwo. Ale spokojnie, weźcie głęboki oddech i policzcie do trzech. 1, 2, 3… Lepiej? W takim razie zanim znów wylejecie na mnie wiadro pomyj, to spytajcie o ten problem niepełnosprawnych i matki z wózkami – pisze Marta, która wyjechała z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews.pl porównuje życie w obu miejscach.
Chodniki na osiedlu na Prądniku Białym. Nie dość, że dziurawe (do tego już się przyzwyczaiłam), to niemal każdy, nawet najkrótszy fragment zakończony jest wysokim krawężnikiem. Wiecie, jakby to miał być przeskok cywilizacyjny, z piekła do nieba, albo w odwrotną stronę. Musi być do sforsowania kilkanaście, a nawet więcej centymetrów uskoku. Musi!
I jak to wygląda w praktyce? Matka z wózkiem dziesiątki razy musi podnosić przód wozu, by na każdy fragment krawężnika się wgramolić. A jak fragment krótki, to woli nie kombinować i idzie ulicą, zamiast chodnikiem. Matka z kilkuletnim dzieckiem, które jedzie na rowerku lub hulajnodze, za każdym razem musi krzyczeć „uważaj” lub ściągać dziecko z pojazdu, sprowadzić rowerek i taką operację powtórzyć dziesiątki razy.
Niepełnosprawni? W tej sytuacji wcale się im nie dziwię, że tak rzadko wychodzą z domu. Dla starszych ludzi podniesienie nogi na wysokość krawężnika to naprawdę duży wysiłek, o tych na wózkach inwalidzkich nie wspominając. Słowem – tragedia (choć „normalni” zapewne uznają inaczej).
A jak to rozwiązane jest w Hiszpanii? Łatwiej, a przede wszystkim mądrzej. Nie chce mi się kolejny raz pisać, że to państwo dba o starszych, pomaga rodzicom, wspiera w wielu różnych aspektach. Bez sensu to wszystko wymieniać, skoro jeden obraz jest warty więcej niż tysiąc słów.
A więc „krawężniki” w Hiszpanii wyglądają tak:

Nie łatwiej je sforsować? Nie przyjemniej wybrać się po takich na spacer? Pchać po nich wózek lub napędzać go siłą własnych rąk? I jeszcze to „wykropkowanie” dla niewidzących i „smartfone zombie”…
Wiem, że w Polsce też są niższe krawężniki np. przy przejściach dla pieszych, ale jak już trzeba przejść przez ulicę bez namalowanych pasów, to zaczyna się skakanie. A tu? Pasów nie ma, ale np. w powyższym miejscu często stają samochody, by rozładować towar do sklepu. I tu ktoś pomyślał, by panom dostawcom robotę ułatwić…
Na to samo liczę w Polsce!
Marta
“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).
Dość tego! W taki sposób dresiarz, urzędnik i starsza pani terroryzują krakowskie osiedla



