Gdy zobaczyłam, szczerze im pozazdrościłam. I nie wiem czego najbardziej: Pomysłu? Umiejętności organizowania się? A może braku sąsiedzkich animozji? Pikniki w Krakowie to my urządzamy od wielkiego dzwonu, a oni na co drugim osiedlu systematycznie robią wspólną imprezę. Nie zapędzają dziecka przed ekran komputera, tylko organizują jemu i sobie wspólną rozrywkę – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla Krknews.pl porównuje życie w obu miejscach.
Było sobotnie przedpołudnie. Akurat z zimnej Polski przyleciały do mnie siostrzenice, więc wyszłyśmy się pogonić się, poodbijać piłkę, aktywnie spędzić czas.
Ledwie wychyliłyśmy nos zza drzwi, a tu niespodziewany widok: boisko, na którym na ogół są 2-3 osoby, tym razem zasypane było dzieciakami. Biegającymi, skaczącymi, śpiewającymi piosenki.
Okazja? Brak
Dzień Dziecka? Nie, nawet w Hiszpanii nie przypada w styczniu. Czyjeś urodziny? Nie, solenizantki/solenizanta brak. Przyłożyłyśmy ucho, chcąc wiedząc, jaka okazja pokrzyżowała nam plany. I nic. To znaczy dowiedziałyśmy się, że to żadna okazja. Po prostu sąsiedzi naszego i sąsiedniego bloku skrzyknęli się i postanowili dać dzieciakom trochę radości.
Żeby jednak wszystko miało ręce i nogi, zatrudnili specjalną animatorkę. Za nikim dzieci tak nie szaleją, jak za panią przebraną za klauna, która zadaje im różne dziwne zadania. Stój na jednej nodze, goń na czworakach kolegę, traf gumową piłką koleżankę – wszystko co, dzieciaki lubią najbardziej.
Nie, nie tablet czy komórka. Bo nie wiem jak Wy, ale ja dostawałam szału widząc w krakowskich restauracjach dzieciaki z nosami przyklejonymi do większych lub mniejszych wyświetlaczy (oczywiście w Hiszpanii to zjawisko też występuje). Miałam wtedy ochotę z całych sił krzyknąć: „Opamiętaj się, baranie!”, ale broń Boże do dziecka, tylko do rodziców. Tych samych, którzy najchętniej rzucają hasła: „zajmij się czymś”, „znajdź sobie zajęcie”, bo sami są zbyt ograniczeni lub leniwi, by przedstawić dziecku alternatywę.
A jak to wyglądało na hiszpańskim pikniku? Rodzice stali z boku. Najpierw tylko stali, ale gdy zjawił się wyczekiwany dobrodziejem z puszkami z piwem, wszyscy z przygotowanych wcześniej (a jakże) plastikowych kufli sączyli trunek. Z czasem jednak pani też wciągała ich do zabawy, a później znów wracali do spraw dla dorosłych. Dzieciaki piały z zachwytu, starsi z czasem też chichrali się z byle powodu i tak leniwie mijała sobota. Dzieci szczęśliwe, rodzice wyluzowani, zażyłość rodzinna i międzysąsiedzka rośnie w siłę.
Wystarczy się zapisać
Przypomniałam sobie o tym, gdy czytałam program czerwcowych Dni Krakowa. Znalazłam tam pilniki kilku dzielnic. I super! Szkoda tylko, że świętują tylko niektóre dzielnice i to raz na czas, a nie wszystkie i np. co miesiąc.
Muszę jednak przyznać, że Hiszpanom jest łatwiej. Osiedla nie są duże (2-3 bloki), a na każde z nich przypada przynajmniej co najmniej jedno boisko sportowe. A jakby tego było mało, to zdarzają się osiedla, gdzie deweloper przygotowuje tzw. salę wspólną. Darmowa, dostępna dla wszystkich. Wpisujesz w grafik i już zarezerwowane. Urodziny dziecka? Proszę bardzo. Niezobowiązująca impreza poza mieszkaniem? Wystarczy wpisać datę. A może spotkanie znajomych z pracy? Kilka ruchów długopisem i gotowe.
Co z 30 m2?
Wyobrażacie sobie w Krakowie dewelopera, który w taki sposób oddaje mieszkańcom jakieś 30 m2? Oczywiście, że za tą powierzchnię na końcu i tak płacą mieszkańcy, ale płacą, bo chcą. Bo wiedzą, że to się im przyda, że dzięki temu lepiej poznają sąsiadów, że dadzą dzieciom trochę radości.
Obawiam się, że u nas te 30 m2 działki ludzie woleliby przeznaczyć na trzy miejsca parkingowe. I poniekąd słusznie – u nas rządzą bowiem przyziemne problemy (gdzie dziś postawię auto?), a nie przyjemności: zabawa z dziećmi, znajomymi, sąsiadami.
Marta
zdjęcie tytułowe / fot. Foter.com
“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).
„A gdyby tak…”: Zdradzona w Krakowie! Konsekwencje nie mogły być inne



