Paskudny zwyczaj w krakowskich restauracjach. Nie dajcie się naciągnąć!

– Za takie zachowanie kelner nie zasłużył ani na „serwis wliczony w cenę”, ani tym bardziej na napiwek, który zostawiłam. Nie powinien dostać nic, a skasował 30 zł. Oczywiście, że zgodnie z prawem, ale niesmak pozostał – pisze Marta, która wyjechała z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews porównuje życie w obu miejscach.

Muszę Wam przyznać, że jakoś chętniej chodzę po krakowskich restauracjach niż hiszpańskich. Najwyraźniej miłość do tapasów wyssana jest z mlekiem matki, tymczasem w moim płynął głównie schabowy i ziemniaki.

Dlatego, gdy jestem w Krakowie, z dużą chęcią wpadam do mniej lub bardziej zobowiązujących miejsc, by coś przekąsić. Spostrzeżenia? Restauracji coraz więcej, coraz ciekawsze, ale też ceny niestety coraz wyższe. No cóż, skoro Polakom żyje się lepiej, to i koszty idą w górę.

Te małe literki…

Ostatnio z krakowskiej restauracji wyszłam jednak zniesmaczona. Wszystko dlatego, że… Albo nie, zróbmy prosty eksperyment – kto z Was podczas płacenia rachunku sprawdza, czy na dole tego świstka małymi literami napisane jest: „Serwis wliczony/nie wliczony w cenę”?.

Ja tego nie robię, bo od lat w krakowskich knajpach odpowiedź była prosta: płacisz za picie i jedzenie, a kelnerów wynagradzasz napiwkiem. To nie Włochy, gdzie masz obowiązkowe „coperto”. Poza tym nie dzierżę, gdy ktoś zaprasza mnie do restauracji, a później studiuje rachunek, bo mam wyrzuty, czy nie przesadziłam z ceną zamówienia.

A teraz do rzeczy – poszłam do jednej restauracji w okolicach krakowskich Błoń. Rachunek dość wysoki jak za pizzę, sałatkę i dwa piwa, ale myślę: „Nie jest przecież winą kelnerów, że są tak wysokie ceny. Obsługiwali mnie profesjonalnie, więc 10 proc. od rachunku się należy”.

Zapłaciłam rachunek, zostawiłam ok. 15 zł napiwku i dopiero w domu, podczas wyrzucania paragonu, natchnęło mnie, by jeszcze raz sprawdzić za co aż tyle zapłaciłam. I tam, na końcu, tymi mały literkami napisane było: „Serwis – 15 zł”.

Jak „pożyczka chwilówka”

Poczułam złość. Nie, nie dlatego, że ktoś wlicza sobie serwis w cenę, bo to jego sprawa (choć zwolennikiem takich rozwiązań nie jestem, bo nie każdy serwis zasługuje na 10 proc.). Zła byłam, bo nigdzie w widocznym miejscu nie było napisane, że za serwis się płaci.

Ale pal już licho. Trudno, ukryte koszty. Że jednak kelner nie poinformował, że serwis wliczony jest w cenę? Nie powiedział tego, np. przy podawaniu rachunku czy podstawianiu terminala?

Tak, wiem, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, ale za „pożyczki chwilówki” policja też nie ściga, choć wiele osób czuje się oszukanych. Za takie zachowanie kelner nie zasłużył ani na „serwis wliczony w cenę”, a ani tym bardziej na napiwek, który zostawiłam. A więc nie powinien dostać nic, a skasował 30 zł. Oczywiście, że zgodnie z prawem, ale niesmak pozostał. Co więcej, słyszam, że takie praktyki w Krakowie są coraz powszechniejsze…

P.S. Zapytacie jak jest w Hiszpanii? W moim regionie sprawa jest banalna – ani nie ma wliczonego w cenę serwisu, ani nie zostawia się napiwków. Choć uważam, że Hiszpanie często bardzo na nie zasługują…

Marta

“A gdyby tak…”  to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

Ta promocja zalała Kraków! Nasi urzędnicy jeszcze wiele muszą się nauczyć…

Zobacz także