To wstrętne przyzwyczajenie zabija przyjemność i niszczy relacje rodzinne. Walczcie z nim!

fot. Foter.com

W Hiszpanii piękna celebracja, a u nas: „Halina, dejże coś zjeść, bo z głodu na ryj padam”. Niestety, gdy siadamy do posiłku, to jakbyśmy lądowali na dwóch innych planetach –  pisze Marta, która wyjechała z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews.pl porównuje życie w obu miejscach.

Kiedyś znajomy przeczytał mi dialog z pewne książki. Leciał on mniej więcej tak:

– Zjesz ze mną?

– Nie.

– A czemu?!

– Bo Ty nie jesz, Ty wpierd***.

I niestety, jak ulał pasuje to do części moich znajomych, członków rodziny i krakowian w ogóle. Bo podczas gdy Hiszpanie umawiają się na długie obiady i celebrują jedzenie według schematu: piwo, przystawka, zupa, danie główne, deser, kawa; u nas wygląda to mniej więcej tak: „Halina, dejże coś zjeść, bo z głodu na ryj padam”.

I podczas gdy Hiszpanie spędzają na kontemplowaniu jedzenia 2-3 godziny, Polacy załatwiają to w 7-10 minut. A niech przerwa między zupą a drugim daniem wyniesie więcej niż pięć minut, to nikt nie chce być w skórze Haliny.

Jasne, Hiszpanie mają dwugodzinną sesję i siłą rzeczy nauczyli się, że mają dużo czasu na jedzenie. Mam jednak wrażenie, że gdyby Polak miał dwie godziny, to i tak w kwadrans pożarłby cały posiłek, a później patrzył w sufit.

Ale dobrze, może inaczej. Hiszpanie częściej jedzą poza domem – tak już jest i basta. Ale Polacy też wychodzą i pomyślcie – ile razy widzieliście dwóch kumpli, którzy spotykają się na kolacji? Spokojnie siedzą, zajadają, piją wino/piwo i rozmawiają? Już widzę te głosy: „Pedały czy co?”. U nas jak facet idzie z kolegą to tylko na ociekającego tłustymi sosami kebaba i to w takim stanie, że o tej „kolacji” na drugi dzień przypominają mu tylko plamy na kurtce (bo oczywiście jemy na zewnątrz i na stojąco).

Ale OK – wyjście na kolację i pijaństwo to jedna rzecz, ale przecież większości posiłków jemy w domu. A więc jak wygląda hiszpańska, a jak polska kolacja? Tam pani domu wszystko celebruje, podaje wino, czasem nawet pojawią się świece. Rodzina spotyka się przy stole, opowiada co się wydarzyło i coś się może wydarzyć. Tak, to jest czas dla najbliższych.

A u nas? U siostry porozmawiać się nie da, bo naparza tablet, inaczej jej córeczka nic nie tknie. U kuzyna też ciężko porozmawiać, bo kolacja wypada w czasie oglądania wiadomości, więc ewentualnie można się politycznie pokłócić. U dziadków to już w ogóle wyścigi, bo zaraz wszyscy lecą oglądać „M jak Miłość” czy innych „Złotopolskich”. I tak cały czas.

Często jedyną wolny chwilę  którą moglibyśmy spędzić razem, spędzamy z wiadomościami, serialem, czy tabletem. Ale później oczywiście będzie przytakiwanie, gdy ksiądz powie, że rodzina to podstawa…

Marta

zdjęcie tytułowe / fot. Foter.com

“A gdyby tak…”  to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

 

Za remonty w Krakowie odpowiadają leniwe nieroby?! 

Zobacz także