Szybkie fakty

Kategoria Krakówek
Data 20 kwietnia 2017
Czytanie ~3 min
Krakówek · 20 kwietnia 2017 · 3 min czytania

„A gdyby tak…”: Szokujące zwyczaje – krzyżują Chrystusa pijąc piwo i oglądając mecz

Autor: Michał Lop Aktualizacja: 16.05.2017 Lokalizacja: Kraków

Gdybym tego nie zobaczyła, to bym nie uwierzyła. Ogromna postać ukrzyżowanego Chrystusa przemierzała ulice w procesji, gdy… w Polsce tłum padłby na kolana, a Hiszpanie śmiali się, popijali piwo i oglądali mecz. Właśnie przeżyłam tu piękny Wielki Tydzień. Równie piękny, co niezrozumiały – pisze Marta, która wyprowadziła się z Krakowa do Hiszpanii i dla KRKnews.pl porównuje życie w obu miejscach.

Dla jasności – katoliczką jestem, ale katolem (katolką?) już nie. Chodzę na msze, uznaję kościół jako instytucję, ale na Jasnej Górze byłam tylko z wycieczką szkolną, a w Łagiewnikach w ogóle. Na moje oko – statystyczna wierząca Polka praktykująca.

I na drugą nóżkę

„Skoro jesteś w Hiszpanii, musisz przeżyć z nimi Wielki Tydzień” – mówili znajomi.  I rzeczywiście coś w tym jest: hotele pękają w szwach, restauracyjne „menu del dia” zamienia się w „menu festival” (czyli dostajesz to samo tylko dwukrotnie droższe), a Hiszpanie w zdecydowanej większości mają tydzień wolny od pracy.

Kulminacyjny punkt Wielkiego Tygodnia to procesje. W Krakowie najpierw są procesje do spowiedzi, potem do komunii, ale najwięcej ludzi bierze udział w tych wielkopiątkowych. Kalwaria Zebrzydowska, Wadowice, ekstremalne marsze – każdy na swój sposób celebruje najsmutniejszy dzień w katolickim kalendarzu.

A w Hiszpanii? W skrócie wyglądało to tak:

Figura Matki Boskiej: Co tam u Ciebie? Leci? To na zdrowie!

Figura św. Józefa: A co u żony? Nowa fryzura? Wow, to na drugą nóżkę!

Figura apostołów: Piękna dziś ta procesja. To co, jeszcze po jednym?

Figura Chrystusa: Patrz, niosą. Coś wspaniałego! No to rozchodniaczek!

W naszych procesjach bierze się udział, hiszpańskie się ogląda. To znaczy można też w iść, np. niosąc te olbrzymie figury, ale tu też zaangażowane są niezłe gagatki. Procesja trwa z 5 godzin, figura jest ogromna, więc co jakiś czas ok. 30 facetów zmienia się w jej niesieniu.

Frywolnie ubrane panie

A przerwa to doskonały czas na tankowanie. Ubrani w odświętne szaty, szukają wzrokiem kolegów, którzy już mają przygotowane paliwo. Na ogół to jakieś małe piwo, a nie pół litra wódki, ale mimo to sytuacja wygląda – delikatnie mówiąc – dziwnie. Do tego co chwila podchodzi jakaś frywolnie ubrana pani, by zrobić sobie zdjęcie z bohaterem, który przed chwilą niósł na barkach potężną kilkusetkilogramową figurę. Z kolei w knajpie obok oglądają mecz. Jeden telewizor wystawili też na zewnątrz, by zaangażowani w procesję też czasem mogli zerknąć.

Inna miejsce, inna procesja. Za pięć euro kupiłam miejsce siedzące wzdłuż trasy przejścia. Tuż przed startem jakieś facet zaczął rozdawać jednorazowe reklamówki. Na śmieci? Na wymio…? Nie, aż tak ostro tu się chyba nie bawią? Sprawa rozstrzygnęła się szybko. Okazało się, że bractwa idące w procesji rozdają wszystkim słodycze.

Procesja w Hiszpanii / fot. Foter.com

I znów dziwny schemat: Jezus skazany – łap lizaka. Jezus upada pod krzyżem – poczęstuj się cukierkiem. Jezus złożony do grobu – przegryź ciasteczko. Wszystko w rytm granej na żywo muzyki i ku uciesze dzieciaków, które szczerzą zęby do panów ubranych jak członkowie Ku-Klux-Klanu. Wiadomo – im więcej uśmiechów, tym więcej łakoci. A rodzice? Niektórzy zarezerwowali sobie miejsca w pobliskich restauracjach i zajadając kolację oraz popijając piwo „uczestniczyli” w procesji.

Kościół pusty, knajpy pełne

A, i jeszcze Niedziela Palmowa. Znów tłumy patrzą, niewiele osób uczestniczy. Jednak podczas wjazdu Chrystusa do kościoła, katedra pęka w szwach. Jeszcze kilka metrów i wielka figura spocznie w okolicach ołtarza. Ksiądz zaczyna przemawiać i… w tym momencie ludzie wychodzą. Msza niewielu interesuje, Hiszpanie mają ważniejsze sprawy w życiu. A można je załatwić już pod murami kościoła, bo właśnie tu zaczyna się ciąg knajpianych stolików.

Marta

zdjęcie tytułowe Foter.com

“A gdyby tak…”  to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).

„A gdyby tak…”: W Krakowie nabawiłam się fobii przed zboczeńcami

Reklama