Pamiętacie, jak kiedyś apelowałam o urozmaicenie komunikacji w Krakowie? Gdy już się to wydarzyło, zaczął mnie zalewać wstyd. Niestety, niektórzy potrafią zniechęcić przed innowacjami – pisze Marta, która wyjechała z Krakowa do Hiszpanii i specjalnie dla KRKnews.pl porównuje życie w obu miejscach.
„Świetne (ale też nie do końca idealne) rozwiązanie znalazłam w kilku dużych hiszpańskich miastach. A mianowicie – mieszkańcy mogą tam pomykać na… hulajnogach z dodatkowym napędem” – pisałam kilka miesięcy temu i jakbym była wróżką z czarodziejską różdżką. Pyk i gotowe! Kraków ma hulajnogi!
Tłusty Czwartek? Czegoś takiego jeszcze na pewno nie próbowaliście
Tyle że dziś momentami zastanawiam się, czy my – jako społeczeństwo – do takich rozwiązań dorośliśmy. Już o Hiszpanach pisałam, że przesadzają z brawurą i prędkością na hulajnogach, ale krakowianie przy nich to kamikadze, ale – niestety – bez uprawnień. Ba, bez podstawowego przeszkolenia.
Zasuwają, krzyczą, wymijają, potrącają – zabawa na całego, a pieszy drży. Bardziej jednak irytuje mnie fakt dbania o sprzęt. O sprzęt, a także o to, gdzie jest zostawiany.
Zdezelowanych rowerów z miejskich wypożyczalni widziałam już dziesiątki, ale o hulajnogi krakowianie też przesadnie nie dbają. Rzucone na ziemię, wyobijane, zdarzyło mi się spotkać nawet rozklekotane.
To jednak nic w porównaniu z tym, co potrafimy zrobić z samochodami wypożyczanymi na minuty. Widziałam auto spalone, porysowane, a nawet takie, które stało na cegłach, bo ściągnięto mu koła! Gdybym była szefową takiej wypożyczalni i zobaczyła coś takiego…
Ale wróćmy do hulajnóg. Hej, krakowianie, którzy w nosie macie sprzęt i innych mieszkańców, ruszcie czasem głową! No bo kto z nas nie spotkał hulajnogi „zaparkowanej” na środku chodnika? Albo na ścieżce rowerowej? Lub na skraju jezdni? Widziałam też hulajnogę wrzuconą w krzaki, schowaną między kontenerami ze śmieciami, zawieszoną na płocie, a ostatnio podobno jedną wyłowiono z Wisły!
Litości! Czy to trzeci świat? Czy na siłę musimy być „oryginalni”? Czy u nas wiecznie musi pokutować podejście: „nie moje, to mogę zniszczyć”. Bo jeśli tak, to z takim podejściem szybko kolejne innowacje w Krakowie się nie pojawią.
Marta
“A gdyby tak…” to cotygodniowy cykl, w którym autorka opisuje, a także radzi i zachęca, by rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady (albo do Hiszpanii).
Oto najsmutniejsza twarz Krakowa! Czy naprawdę musi tak wyglądać?



