ŚDM nocą. „Za kołnierz nie wylewali…”

Myślicie, że Światowe Dni Młodzieży zasypiają, gdy zapada zmrok? Kończą się, kiedy gasną kamery stacji telewizyjnych? Otóż nie. Nasz człowiek rusza co wieczór w miasto, by sprawdzić, co pielgrzymi robią nocą. Codziennie o godzinie około 11 na KRKnews znajdzie relację z poprzedniej nocy.

Wtorek dla wielu osób był pierwszym dniem w naszym mieście i dało się to wyczuć.

– I’m sorry which way to Rynek? – zagaduje mnie grupa Latynosów. Na zegarku pierwsza.

(mówię im which way, ale ponieważ jesteśmy close to Dietla street, proponuję im Kazimierz, że tam nocą jest przyjemniej)

– You should rather go to Kazimierz, the jewish quarter, its better place to have fun.

– Jewish? No, thanks!

ŚDM nocą
ŚDM nocą

I poszli w stronę Rynku.

Wydaje się, że liczba zagubionych grup jest nieskończona, ale oni wyglądają, jakby im to zupełnie nie przeszkadzało, a nawet inaczej – trochę ich to bawi. Ja, muszę przyznać, też lubię zgubić się w obcym mieście, ale zawsze uważałem się za wyjątek. A tu proszę, jest już prawie północ, a ja obserwuję jak na Kapelance pewna grupa idzie w jedną, potem w drugą stronę. Potem się zatrzymuje i znów zawraca. A cała akcja w akompaniamencie śpiewów i tańców.

Muszę z rozczarowaniem przyznać, że wielkich baletów to w pierwszą noc nie było.

– Hello, five shots, please – mówi dwóch skautów podchodząc do baru.

– Five shots? Five id’s please – odpowiada barmanka.

Przynoszą ID, wyglądają jakby sami je sobie zrobili, później dopytuję, skąd przyjechali, otóż przyjechali z Meksyku.

Nie nalała im pięciu shotów, bo na jednym ID trudno było doszukać się daty urodzenia. Ale trzeba im przyznać, że za kołnierz nie wylewali, nie wzięli jakiegoś kolorowego gówna, tylko prostą, naszą, ukochaną, polską, niezbyt przecież smaczną, Żytnią.

Przemieszczam się na Rynek, a podróż nocnym tramwajem jest doświadczeniem niezwykłym. Szybki rzut oka na skład i już wiesz, że jesteś jedynym lokalesem.

ŚDM nocą
ŚDM nocą

W tym tramwaju tylko ty jesteś zwykłym cywilem. Każdy inny jest kimś, każdy ktoś, każdy coś. Są tu skauci i traperzy. Są zakonnice i księża. Uczniowie seminariów, harcerze i typowi włóczykije. Dziecko, które wygląda jakby w każdej chwili potrafiło rzucić dowolnym cytatem z biblii (i dobrze). Zakonnica nagle wstaje, podchodzi do każdego, rozdaje ulotki. Jest oczywiście Japończyk z aparatem, Francuz z mapą. Ten Francuz (Francuz z wyglądu) podchodzi do motorniczego i mówi po polsku:

– Trombion? – zagaduje

Nie słyszę motorniczego, ale jeśli trafił na miłego, to w najlepszym przypadku słyszy „ekskiuzmi?”

– You go to sadumbionki? – precyzuje.

Znów nie słyszę motorniczego. Dalszej części dialogu już nie znam, bo właśnie wysiadam. Mam nadzieję, że dotarł do swoich sadumbionek.

Jest, mniej więcej, druga i, trzeba przyznać, w okolicy Rynku pustawo. Zapewne trwają zajęcia w podgrupach. Pielgrzymi odpoczywają po podróży, po wieczornej mszy, nocne zwiedzanie Krakowa odkładają na później, na środę, na czwartek, na weekend.

Na Plantach na ławce ktoś przysypia.

– Hello – budzimy delikwenta. – Where are you from?

– Weźże spierd***j – słyszymy w odpowiedzi.

Chyba coś egzotycznego, Azory może.

(mm)

Zobacz także